Lubimy chodzić do teatru.Rozmawiamy o tym, co widzieliśmy.Pisze J. - T. czasem coś dodaje...
środa, 08 lipca 2009
Kupiec wenecki - reż. Michael Radford

Ten wpis w tym miejscu jest zupełnym przypadkiem.
Przeglądając swoje archiwum po nieudanej wizycie w Teatrze Ateneum ("Odejścia" Havla – o tym spektaklu w następnej notce, musimy z Tunią wygładzić opinie), natknąłem się właśnie na swój opis "Kupca weneckiego" z Gustawem Holoubkiem, także w Ateneum (raczej zawód). Sięgnąłem głębiej - kolejny Shylock, tym razem Bogusław Sochnacki w Teatrze Polskim (duży niedosyt).

Wtedy przed oczami stanął mi Al Pacino i jego genialna filmowa kreacja. To dzięki niemu wreszcie dokładnie usłyszałem te bardzo ważne pytania: "Czy Żyd nie ma oczu, uczuć? Czy my cierpimy inaczej?". I kolejny raz utwierdziłem się, że takie monologi jak ten Shylocka przed sądem, należy oglądać przez twarz bohatera. W filmie Radforda każdy grymas, każdy skurcz mięśni twarzy Pacino niósł niezwykły ładunek emocji. Przegrany, upokorzony, oszukany lichwiarz – tylko pozornie jest zmiażdżony. Tak naprawdę jest gotów do walki, to nie jest skowyt zbitego zwierzęcia, to stłumiony ryk lwa, krzyk w obronie swojego narodu. Al Pacino nie chciał rehabilitacji swojego bohatera, jego Shylock jest taki, jakim go chyba widział Szekspir, wieloznaczny, wcale nie narysowany jedną kreską, bo to nie tylko obrzydliwy, mściwy, zachłanny lichwiarz, ale i kochający ojciec, porzucony przez córkę, a nade wszystko przedstawiciel prześladowanego narodu. Pełna pasji kreacja Pacino to naprawdę aktorstwo na najwyższym poziomie i mimo, że świetny był Jeremy Irons (Antonio), doskonały Joseph Fiennes (Basanio) w roli pomyślanej prawie współcześnie – playboy, co miłość przelicza na "żywą" gotówkę; interesująca Zuleikha Robinson (Jessica – córka Shylocka), to zmęczona, dumna twarz Pacino przysłoniła wszystkich.

Radford z pełną premedytacją uciekał od teatralności, z niezwykle realistycznie, a zarazem z pietyzmem pokazując renesansową Wenecję – piękne pałace, ale i brudne zaułki. Tylko scena w sądzie, z natury swej oparta na monologach, nosiła znamiona teatralności. Myślę jednak, że inaczej jej siły i dramaturgii pokazać nie można.

P.S.
Streszczenie byłoby chyba nie na miejscu.

16:30, chodzimydoteatru , Film
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 czerwca 2009
Jeszcze nie wieczór - reż. Jacek Bławut

Tytuł naszego bloga mówi o tym, że "chodzimy do teatru", ale dziś proponujemy wyjście do kina. Na niezwykle teatralny film. Film o miłości, o przemijaniu, ale przede wszystkim o aktorach - ich ekscentryczności i marzeniach.

"Jeszcze nie wieczór" to od lat odkładany debiut znanego dokumentalisty Jacka Bławuta. Nie jest to może oscarowa produkcja, ale dla nas bezcenne zapisanie Wielkich, często dziś zapomnianych – o tym zapomnieniu publiczności też ten obraz opowiada – Aktorów.
Kogóż widzimy? Wielką Ninę Andrycz we wspaniałej formie, prawie zupełnie nie zmienioną (tych kilka siwych włosów różnicy nie robi); elegancką, o szlachetnej urodzie Ewę Krasnodębską (Marilyn); Teresę Szmigielównę (Marta) z tym samym mądrym smutkiem w oczach; ciepłą Danutę Szafarską (Barbara) i wyniosłą Beatę Tyszkiewicz (Róża) – obie znakomite. Przemyka też, grająca samą siebie, Irena Kwiatkowska. Wśród panów: Roman Kłosowski, Stanisław Michalik (prawie przeze mnie zapomniany) i ksiądz Kazimierz Orzechowski. Samego siebie zagrał tancerz Witold Gruca - młodszym przypomnę, że to najwspanialszy odtwórca partii wdowy Simone w balecie "Córka źle strzeżona" w choreografii Sir Fredericka Ashtona. Wzruszający był w roli Mistrza Sodolskiego Stefan Burczyk, mało znany szerszej publiczności olsztyński aktor.
Ostatni raz na ekranie pojawili się Wieńczysław Gliński i Fabian Kiełbicz (Fred, mąż Barbary).
Fabuła jest prosta. Do Domu Aktora Weterana w Skolimowie przyjeżdża aktor Jerzy (Jan Nowicki). Jerzy jest człowiekiem pełnym życia, choć na zakręcie, ale mimo wszystko z tego życia stara się w pełni korzystać, jego ekstrawagancja i energia  burzą więc spokojne, wręcz szare, życie pensjonariuszy – wyznaczane przyjazdami karetek i godzinami posiłków. Jerzy namawia kolegów aktorów do wystawienia "Fausta"...

To piękny, ciepły film o przemijaniu. Reżyser dokumentalista miał niejakie problemy z fabułą, ale gdy wierzył oku kamery i „tylko” relacjonował - było pięknie, a nawet piękniej.

23:15, chodzimydoteatru , Film
Link Dodaj komentarz »