Lubimy chodzić do teatru.Rozmawiamy o tym, co widzieliśmy.Pisze J. - T. czasem coś dodaje...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Kabaret | Krótko | Książki | Teatr | Z Archiwum J. | Zaproszenia
RSS
piątek, 30 października 2015
Xymena - książka, jakiej nie było

Redaktorka (TD) napisała (na potrzeby promocji książki):

Był już najwyższy czas, aby Xymena Zaniewska – twórczyni polskiej scenografii telewizyjnej, architekt i projektantka mody – to i owo powspominała. Tylko najbliżsi wiedzieli, że pisanie książki „Xymena” zaczęła w 1994 roku. Arcyciekawe, choć nieco rozproszone notatki, udało się zebrać w opowieść o pracy i życiu oraz uzupełnić przebogatym i niebanalnym materiałem ikonograficznym. Wiele spośród zamieszczonych w tej książce projektów kostiumów i scenografii, zdjęć i rysunków publikowanych jest po raz pierwszy.

„Xymena” opowiada o początkach telewizyjnej scenografii, przywołuje nieznane anegdoty z planów głośnych teatrów telewizji, opisuje prace nad kilkudziesięcioma spektaklami teatralnymi, wspomina ludzi, z którymi pracowała najczęściej – z Adamem Hanuszkiewiczem na czele. Zabiera Czytelników do Włoch i swojej ukochanej Hiszpanii, a także na nadnarwiańską wieś, gdzie odpoczywała w otoczeniu skrzydlatych przyjaciół.
Ta „prywatna” część opowieści Xymeny Zaniewskiej jest najbardziej zaskakująca i wzruszająca. Autorka jest do bólu szczera. Bez ogródek pisze o własnych błędach i zaniechaniach. Ale i o szczęściu – kiedy udało jej się uratować psa czy ptaka. O istnieniu takiej Xymeny Zaniewskiej naprawdę wiedzieć mogli tylko najserdeczniejsi przyjaciele i rodzina.

„Xymena” to książka ważna także dlatego, że bodaj po raz pierwszy o pracy w telewizji i teatrze napisano z punktu widzenia scenografa. Xymena Zaniewska nie szczędzi nam szczegółów technicznych, jak choćby przydatności papieru ściernego w budowie scenografii telewizyjnej, zastosowania tektury czy teatralnej hodowli świeżej trawy.

„Opowiadałam – bardzo uważając, aby ich zabawić – moim szefom, kiedy chciałam dostać pieniądze na nową podłogę w studio, radzieckiemu konsulowi w Warszawie, żeby życzliwie potraktował moją rosyjską przyjaciółkę, maszynistom w teatrze, żeby ich namówić o drugiej w nocy, po całym dniu pracy, do poprawek, żeby dekoracje się nie kiwały, różnym ludziom, żeby ich przekonać do różnych spraw, na których mi zależało. Zastanawiam się, dlaczego teraz zebrało mi się na opowiadanie. Otóż chyba dlatego, żeby zatrzymać jeszcze na chwilę bliskich mi ludzi i kochane przeze mnie zwierzęta”. – napisała Xymena Zaniewska we wstępie do książki.
Warto dać się tym opowiadaniom porwać. Zwłaszcza, że można je też zobaczyć.

Od siebie dodajemy:
Polecamy tę książkę także dlatego, że wiele serca i czasu poświęciła jej Tunia - Teresa Drozda - składając wieloletnie notatki Xymeny Zaniewskiej-Chwedczuk w spójną całość i uzupełniając szczegółowym kalendarium jej artystycznych przedsięwzięc. Ale niezależnie od osobistego zaangażowania, uważamy po prostu, że to jest ważna książka.

Xymena Zaniewska-Chwedczuk, Xymena, Wydawnictwo Bernardinum, Pelpin 2015

 

14:16, chodzimydoteatru , Książki
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 maja 2012
Mikołajska. Teatr i PRL - Joanna Krakowska

Historia życia wybitnej aktorki i niezwykłej kobiety opowiedziana na tle dziejów powojennej Polski. Lata 1945 – 1989 to ramy zawodowego życia Mikołajskiej, zmarła kilkanaście dni po wyborach 4 czerwca. Do punktu wyborczego została zresztą zaniesiona przez przyjaciół na noszach. To także ramy PRL-u. I to zderzenie teatru, sukcesów artystycznych, z mechanizmem władzy, a dokładnie z okrucieństwem władzy jest głównym, choć nie jedynym tematem książki.

Halina, a właściwie Helena Mikołajska, to jedna z najwybitniejszych aktorek ubiegłego wieku, która będąc w szczytowej formie artystycznej poświęciła swoją karierę na rzecz walki politycznej, jak pisze Krakowska "na rzecz życia po stronie przyzwoitości". Autorka, według nas, szczególnie unika "chwytliwych" anegdot, ale nie unika historii drażliwych, czyniąc to z wielkim taktem, czuć że podziwia Mikołajską. Krakowska opisuje też środowisko teatralne – hipokryzje, koniunkturalizm, konformizm wynikający, jak pisze, z flirtu władzy ze środowiskiem, owo słynne głaskanie artystów. O Mikołajskiej w tym kontekście można napisać, że ugryzła rękę która ją głaskała. Z książki wynika jednoznacznie, że Mikołajska prócz wielkiego talent,  była odważna zarówno jako aktorka (gdy z pełną premedytacją się oszpecała czy postarzała dla dobra sztuki, teatru) i jako człowiek, któremu ten teatr przestał wystarczać, a ważna stała się działalność społeczno-polityczna.

Krakowska zajmuje się oczywiście dokonaniami aktorskimi, omawia zarówno sukcesy jak i porażki, ale nie przepisuje tylko setek recenzji, a bardziej na ich podstawie oraz na podstawie wypowiedzi wybitnych ludzi teatru, którzy współpracowali z Mikołajską, stara się opisać jej aktorstwo. Autorka szczęśliwie też nie stara się budować pomnika bez najmniejszej skazy, dzięki czemu powstała książka, nie wahamy się napisać, wybitna, zdecydowanie wykraczająca poza granice konwencjonalnej artystycznej biografii.

A teraz "bonus". Dwa zapisy, których dokonałem lata temu, oglądając Mikołajską na scenie. Chyba powinny się tu znaleźć.

Rok 1975. Pamiętam, że wtedy "Jan Gabriel" zrobił na mnie ogromne wrażenie – wybitni aktorzy, świetny reżyser no i Ibsen. Tak wówczas opisałem ten wieczór:

Akcja sztuki to (jeśli można użyć takiego określenia) porachunki między bohaterami, to życie naznaczone hańbą zakończone śmiercią Jana Gabriela, który zrozumiał bezsens własnej egzystencji – ta dramatycznie rozpaczliwa prośba: na moim grobie zamiast nazwiska napiszcie – Nikt. Ibsen to mistrz "mroczności", co doskonale oddawała i podkreślała scenografia Jana Banuchy w kolorach ciemnego brązu i czerni. W pewnym momencie scena opustoszała, tylko błyski światła sprawiały wrażenie padającego śniegu. Ze sceny prawie cały czas "wiało" surowością. Grali wspaniali aktorzy – Jan Świderski jako Jan Gabriel pokazał człowieka odpychającego, bezlitosnego skrzywdzonego egoistę, aktor jednym grymasem twarzy pokazywał strach, by za chwilę ruchem ręki pokazać władzę – to wielka rola. Dwie kobiety, żona i jej siostra, w młodości porzucona przez Jana dla kariery, złączone uczuciem do Borkmana, miłością do jego syna (zachłanną), a także nienawiścią do siebie. Zofia Mrozowska jako chora Ella, niebywale skupiona, dyskretna. Wstrząsająca była jej rozmowa z Janem. Halina Mikołajska – Gunhilda, jak wyjęta z portretu skandynawskiego malarza (od kogoś to określenie pożyczyłem), szorstka, z namalowanym na twarzy wyrazem bólu i nienawiści do męża. Tej wielkiej trójce towarzyszyli jak zwykle niezawodny Henryk Borowski, Zofia Saretok, wdowa a raczej wdówka Wilton (to coś w oczach), Krzysztof Kołbasiuk jako syn i w roli młodziutkiej córki Fudala, chwilami wręcz urocza, Joanna Szczepkowska. To bardzo poruszające i bardzo piękne przedstawienie wyreżyserował Aleksander Bardini. Po mistrzowsku (to wyświechtane słowo, ale nie znajduję innego).

Rok 1982. Pamiętam tamten czas, pamiętam co się wtedy działo. W lot odczytywane aluzje, nawet takie, których nie było. W Teatrze Polskim publiczność momentami reagowała niezwykle żywiołowo, czy to w scenie z Maskami, czy to (a może przede wszystkim), gdy pojawiła się Halina Mikołajska, a tak wtedy pisałem (oj! znowu będzie dużo):

Dejmek za Wyspiańskim opowiada o rysie na losie polskiego inteligenta. Ogromna, piękna, klasyczna dekoracja Andrzeja Majewskiego, zamknięta czarną przestrzenią wielkiej sceny, rząd potrzaskanych kolumn, rzeźba (chyba Nike), której zostało tylko skrzydło, na górze zwinięte ni to sztandary ni żagle i zwisające łańcuchy. W tej naprawdę ogromnej budowli chwilami ginął głos aktorów. Było w tym przedstawieniu kilka scen niezwykłych, pięknych, przejmujących. Zaczęło się od rozmowy ubranego na czarno, z zarzuconym na ramiona, szarym, takim wojskowym płaszczem, Konrada z robotnikami w kostiumach, a raczej strojach cywilnych, współczesnych, wtedy jeszcze ich coś łączyło, ale gdy w końcowej scenie Konrad wezwie do czynu, nikt nie chwyci jego wyciągniętej ręki. Ogromne wrażenie zrobiła niema scena kończąca akt pierwszy – zza kolumn wyłaniają się podchorążowie, prą do przodu i nagle rozbłyskuje światło, a na scenie zalegają trupy – to był naprawdę wstrząsający moment. Podobne wrażenie robią płonące, w bardzo surowym akcie drugim, znicze. Niezwykle wypadł pochód postaci – personifikacji naszych przywar, w trupich maskach, które uchylają w momencie mówienia, i te ich stroje... Po przerwie fascynująca scena z Maskami. Gdy po ostatniej rozmowie z robotnikami, do samotnego Konrada podchodzi Hestia, w jego rękach zamiast pochodni była latarka. Dejmek potrafi fascynować, ale czy u Wyspiańskiego na pewno są kolędnicy?

Aktorzy – Jan Englert (Konrad) – według mnie bardzo prawdziwy, gdy wychodziliśmy usłyszałem – bardzo ludzki. Wspaniała para Mariusz Dmochowski (Karmazyn) i Ryszard Dembiński (Hołysz), a także Zdzisław Mrożewski (Stary Aktor), świetny Jan Matyjaszkiewicz (reżyser), Andrzej Szczepkowski (Geniusz – wyraźnie ucharakteryzowany na Mickiewicza) i Halina Mikołajska (Hestia). Aktorka wytrzymała presję widzów. No i pięknie brzmiała muzyka Witolda Lutosławskiego.

Joanna Krakowska, Mikołajska. Teatr i PRL, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2011

JAN GABRIEL BORKMAN - HENRYK IBSEN
przekład: Anna Maria Linke
reżyseria: Aleksander Bardini
premiera: Teatr Współczesny, Warszawa, 16 kwietnia 1975r.

WYZWOLENIE - STANISŁAW WYSPIAŃSKI
reżyseria: Kazimierz Dejmek
premiera: Teatr Polski, Warszawa, 15 lipca 1982r.

11:36, chodzimydoteatru , Książki
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 lipca 2011
Rozmowy z Mają Komorowską - Barbara Osterloff

W czasie kolejnych porządków na półkach z książkami wpadł mi w ręce "Pejzaż", kiedyś czytany z zachwytem, ponownie zachwycił. Postanowiłem się więc moimi wrażeniami "z szanowną frekwencją" podzielić.
Tę bardzo ważną książkę, poświęconą właściwie aktorskiemu warsztatowi, drodze do roli, metodzie na nią, rozpoczyna piękna, pełna ciepła opowieść o rodzinnym domu, opowieść do schrupania (choć może to niewłaściwe słówko).
Potem Barbara Osterloff "rzuca" czasami jakieś zdanie, a Maja Komorowska opowiada - o swoim spotkaniu z Grotowskim, o zmaganiu się z Beckettem, znalazło się oczywiście miejsce na przypomnienie szalonej Letycji czy operowej divy Cecylii - obie role z warszawskiego Współczesnego miałem zresztą przyjemność obejrzeć. Rozdział "Przed kamerą" to opis powstawania ról u Zanussiego m.in Belli w "Życiu codziennym" czy Racheli z wajdowskiego "Wesela".
Ta książka jest dowodem na to, że może powstać pozycja fascynująca, bez plotek, sensacji i skandali.
"Pejzaż" to lektura obowiązkowa!

Barbara Osterloff, Pejzaż. Rozmowy z Mają Komorowską, Wydawnictwo Errata, Warszawa 2004 

19:30, chodzimydoteatru , Książki
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 lipca 2011
Dodek Dymsza - Roman Dziewoński

Biografia kolejnego, pomału już zapominanego (to ogromnie smutna konstatacja) artysty, bogato ilustrowana, z bardzo wieloma unikatowymi fotografiami (także autorstwa samego Dodka), z listą filmów i spektakli, w których wystąpił. Bardzo  szczegółowo udokumentowany okres wojenny, a także czas zaraz po wojnie (aktor miał wyrok podziemnego ZASP-u, potwierdzony po wojnie za "współpracę z Niemcami"), to przestępstwo polegało na graniu w oficjalnych teatrach. Warto w tym miejscu zacytować Stefana Jaracza który na pytanie Dymszy - co mam robić? - odpowiedział: "Rób co umiesz najlepiej. Daj ludziom trochę radości" (s.432).
Roman Dziewoński uniknął w swojej pracy pułapki, w którą często wpadają biografowie, nie zrobił z siebie głównego bohatera, unikał jak ognia słówka "ja".
Adolf Dymsza - na scenie komik - życia wesołego raczej nie miał. Czas do wojny trwał zbyt krótko, a w zgrzebnej i szarej rzeczywistości powojennej nie było miejsca dla aktorów takich jak on. Z książki Dziewońskiego dowiadujemy się też, że aktor przez wiele lat zmagał się z chorobą, stopniową utratą słuchu. Widzowie się chyba nigdy nie zorientowali...
Ja osobiście dziękuję autorowi za przypomnienie Anity Dymszówny, zmarłej tragicznie i młodo córki Dodka, także aktorki.
Gdy odkładaliśmy książkę na półkę żałowaliśmy tylko, że do tego typu publikacji prawie nigdy nie dodaje się dodatkowej dokumentacji – audio lub video. Rozumiemy trudności (prawa autorskie i inne), ale próbować chyba warto – w innym bowiem wypadku materiały takie na kolejnych wiele lat pozostaną w niedostępnych archiwach telewizyjnych i radiowych. A w wypadku Dymszy jest z pewnością co publikować, że przywołamy tylko jego epizodyczny wstęp w "Divertimencie" Jeremiego Przybory (kto wie, kogo zagrał? – nagroda się znajdzie...)

Dziękujemy i chwalimy.

Roman Dziewoński, Dodek Dymsza, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2010.

16:44, chodzimydoteatru , Książki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 kwietnia 2011
Erwin Axer - Elżbieta Baniewicz

Tak jak autorka, ja także zaczynałem swoją edukację teatralną na Mokotowskiej. Ale nie tylko dlatego uważam, że to bardzo ważna książka.
Z całą pewnością nie jest to biografia Erwina Axera, choć oczywiście elementów biograficznych w niej nie brak. Autorka skupia się na tym, co ukształtowało i co wpływało na Axera myślenie o teatrze. Pisze niemal wyłącznie o Twórcy, Artyście, Kreatorze. Z benedyktyńską starannością opisuje kolejne etapy jego życia, poczynając od Lwowa, poprzez studia reżyserskie w PIST, koszmar okupacji, tuż powojenny pobyt w Łodzi i niezwykłe, wspaniałe lata warszawskie. Przy okazji przypomina, że pomysł, by kształcić reżyserów i program takich studiów powstał właśnie w PIST, a jego autorem był Leon Schiller. Nawet jeśli nie jest to nieznana karta historii polskiego i europejskiego teatru, to z pewnością za mało odkryta.
Bardzo przypadł nam do gustu podział zastosowany przez autorkę, oddzielenie tematów biograficznych od zawodowych, a tu także wyodrębniono m.in. Brechta i Mrożka.
Elżbieta Baniewicz zafascynowana Axerem, Teatrem Współczesnym, początkowo jako widz, potem jako współpracownik. W książce wykorzystuje niepublikowane zapiski reżysera, sięga do nieco zakurzonych źródeł (jak choćby wydawnictwa jubileuszowe), pamięta też o tych, bez których teatr nie istnieje – o aktorach. Opisuje spektakle, cytuje recenzje, dodając swoje komentarze. Tłumaczy wiele kontekstów. Pokazuje nam proces powstawania poszczególnych spektakli, ewolucję myślenia Axera i to, jak jego inscenizacje wpływały na innych reżyserów i życie teatralne PRL-u.
Książka Elżbiety Baniewicz opisuje kawał dziejów kulturalnej Polski, a w zasadzie Europy, boć Teatr Współczesny to było (i jest) COŚ.
Tę pozycję recenzujemy dość ogólnie, ale uważamy, że warto ją przeczytać, nawet jeśli nie jest to lektura łatwa. No i czekamy na kolejny tom recenzji pani Elżbiety!


Elżbieta Baniewicz, Erwin Axer – Teatr Słowa i myśli, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

13:18, chodzimydoteatru , Książki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4