Lubimy chodzić do teatru.Rozmawiamy o tym, co widzieliśmy.Pisze J. - T. czasem coś dodaje...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Kabaret | Krótko | Książki | Teatr | Z Archiwum J. | Zaproszenia
RSS
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Idiota - Studio Teatralne "Koło" w Soho Factory

Zastanawialiśmy się ostatnio jak długo adres Studia Teatralnego KOŁO będzie gwarancją dobrego spektaklu i... obejrzeliśmy "Idiotę".

Z czystym sumieniem możemy napisać, że i tym razem się nie zawiedliśmy. Obejrzeliśmy kawał bardzo dobrego teatru z bardzo dobrymi rolami. Igor Gorzkowski poszedł tropem pamiętnej inscenizacji Andrzeja Wajdy (tu muszę się pochwalić – widziałem ten spektakl w warszawskiej "Honoratce") – i w swojej adaptacji skupił się na najważniejszej czwórce bohaterów. Maksymalnie skrócił też dystans między widzami a aktorami. Siedząc wzdłuż, po dwóch stronach sceny, mieliśmy aktorów na wyciągnięcie ręki.  
Spektakl zaczyna się od finałowego spotkania w mieszkaniu Rogożyna, do którego na wezwanie przybywa Myszkin, i gdzie w pokoju obok leżą zwłoki zamordowanej Nastazji. To spotkanie rozpoczyna ciąg wspomnień – wszystko rozgrywa się w jednym pomieszczeniu ograniczonym dwojgiem drzwi, przez które aktorzy wchodzą, za którymi znikają, przez które wnoszą sprzęty określające miejsce akcji. Wszystko, również stroje, utrzymane jest odcieniach bieli.

W roli Agłaji Joanna Osyda – pięknie pokazuje rozpieszczoną, infantylną panienkę z dobrego domu, która naczytała się książek i jest teoretycznie przygotowana do tego, czego by chciała, jej postać chwilami jest jak wyjęta z salonowej komedii. Nastazję gra Magdalena Czerwińska – emanująca seksem i erotyką kiedy trzeba, kiedy indziej prowokująca, wulgarna, bezradna oraz stanowcza, w końcu to ona jest siłą sprawczą całej tragedii, ona zmusza Rogożyna i Myszkina do działania, ona jest motorem zdarzeń. Jedynym zgrzytem w tej postaci i całym spektaklu wydało się nam wciągnięcie widzów w akcję (konkurs) – choć z drugiej strony – jak prowokować to totalnie. Jako Rogożyn Eryk Lubos – będzie bardzo krótko, zostałem wbity w deski sceny. Wbrew powszechnie zapamiętanemu wizerunkowi był oszczędny i skupiony na każdym geście. Pięknie tragiczny. Silny i słaby. Świetna rola. Myszkina nadzwyczajnie wykreowała Agata Buzek – bez wysiłku pokazując „inność” księcia. Buzek nie grała płcią – jej Myszkin po prostu był. Naiwny, delikatny, momentami okrutnie szczery, zagubiony, a jednak pewny swoich poglądów – był taki, jakim opisał go Dostojewski. A wszystko to aktorka osiągała spojrzeniem, delikatnym gestem, tonem głosu, aczkolwiek wygłaszając słynny monolog była tak ekspresyjna, że w pewnym momencie poczuliśmy, jakby porwał nas rwący potok i omdlenie jego(jej) stało się naturalną kropką. Myszkinowi na scenie nieustannie towarzyszyła także postać niema, jego „alter ego” grane przez Marka Kakareko – buzujące emocjami i ekspresją, męskie i erotyczne. Fantastyczny zabieg teatralny dodający, o ile to możliwe, kolejnych treści i kontekstów dramatowi Myszkina.

"Idiota" Gorzkowskiego to jeden z najlepszych spektakli, jakie kiedykolwiek obejrzeliśmy. Mamy nadzieję, że zapisze się w pamięci polskiego teatru i jego historii.

 

IDIOTA – FIODOR DOSTOJEWSKI
przekład: Justyna Gładyś
adaptacja i reżyseria: Igor Gorzkowski
premiera: 5 października 2014

01:24, chodzimydoteatru , Teatr
Link Komentarze (2) »
środa, 26 listopada 2014
Jacek Kaczmarski - lekcja historii - Teatr Ateneum (Scena na Dole)
Nie przepadam za „Sceną na Dole” Teatru Ateneum. Niski sufit w niewielkim pomieszczeniu pogłębia moje klaustrofobiczne fobie. Oprzyrządowanie akustyczne też pozostawia wiele do życzenia – choć niemal wyłącznie prezentowane są tam spektakle muzyczne (recitale Andrzeja Poniedzielskiego czy Kabaretto, a wcześniej „Album rodzinny” Jana Kaczmarka). Zawsze któryś mikrofon brzmi głucho, a dźwięk jest płaski i brak mu wyrazu. Nie przepadam więc za „Sceną na Dole” Teatru Ateneum, ale odwiedzam ją regularnie, bo właśnie na niej odbywają się interesujące mnie przedsięwzięcia.

22 listopada 2014 roku odbyła się tam premiera spektaklu „Jacek Kaczmarski – lekcja historii” w reżyserii i z udziałem Jacka Bończyka. Inspiracją do jego powstania była wydana w 2011 roku przez wydawnictwo Demart książka autorstwa Diany Wasilewskiej i Iwony Grabskiej zatytułowana „Lekcja historii Jacka Kaczmarskiego”. Ideą wydawnictwa było zaprezentowanie i opisanie obrazów, którymi inspirował się Kaczmarski pisząc swoje piosenki oraz interpretacja tychże piosenek. Spektakl Bończyka w zasadzie polega dokładnie na tym samym. I nie jest to pomysł nowy. W 2004 roku Wojciech Kościelniak wyreżyserował we Wrocławiu widowisko muzyczne „Galeria”, które również polegało na prezentacji obrazów i powstałych z ich inspiracji piosenek Kaczmarskiego. Widziałam tamto przedstawienie – z Mariuszem Lubomskim, Katarzyną Groniec, Konradem Imielą, Kingą Preiss, Samborem Dudzińskim oraz Jackiem Bończykiem – i siedząc w Ateneum nie mogłam się uwolnić od wspomnień.

Zapewne dlatego miłością do „Lekcji historii” nie zapałałam. Za dużo wiem, za dużo pamiętam – zbyt wiele mam w głowie kontekstów. Ale zaraz potem uświadomiłam sobie, że to nie jest spektakl dla mnie. Zupełnie nie dla mnie. Dla młodszych. Urodzonych kilkanaście lat później. Oni nie mają prawa pamiętać ani Kaczmarskiego, ani spektaklu Kościelniaka. Jeśli nazwisko barda coś im mówi, to raczej w kontekście lekcji z historii najnowszej – może słyszeli „Mury”. To wszystko. O bogactwie twórczości Kaczmarskiego, jej głębokiemu zakorzenieniu w kulturze europejskiej, bogactwie i intertekstualności nie mają pojęcia. Jacek Bończyk swoim spektaklem uchyla im drzwi do świata Kaczmarskiego.

„Jacek Kaczmarski – lekcja historii” to spektakl kameralny. A nawet nie spektakl, raczej koncert z elementami multimedialnymi. Przed każdą piosenką głos Piotra Fronczewskiego objaśnia co i jak. Piosenki śpiewają solo lub wspólnie Julia Konarska i Wojciech Michalak – pokolenie młodsze oraz Wojciech Brzeziński i Jacek Bończyk – pokolenie świadome. Największe wrażenie zrobił na mnie, podzielony na głosy, delikatnie uteatralniony „Pejzaż z szubienicą”. I wykonany prawie na finał „Autoportret Witkacego” zaśpiewany przez Bończyka. Trzeba zaznaczyć, że pan reżyser trzymał się z boku. Na ciaśniutkiej scenie siedział skulony, z nieodłączną gitarą, wzmacniając głosem wybrane fragmenty piosenek. Pozostali aktorzy pojawiali się na scenie, gdy wypadała ich kolej. Interpretacje młodszej dwójki nie przypadły mi do gustu, zwłaszcza solowe. Może za kilka miesięcy, jak już oswoją się z materią. Jednocześnie oddać muszę, że dykcyjnie i tekstowo (w sensie opanowania tekstu) było bez zarzutu. Za to z radością słuchałam tego, co na gitarze wyczyniał Paweł Stankiewicz, a co wymyślił (jako że piosenki aranżował) Fabian Włodarek.

Reasumując: lekcja odrobiona została rzetelnie. Miejscami błyskotliwie. Tyle że nie mnie ją oceniać. Tę szkołę skończyłam nieco wcześniej.


JACEK KACZMARSKI – LEKCJA HISTORII
opracowanie i reżyseria: Jacek Bończyk
aranżacje i kierownictwo muzyczne: Fabian Włodarek
premiera: 22 listopada 2014
21:06, chodzimydoteatru , Teatr
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 listopada 2014
Siodło Pegaza - Teatr Narodowy (Scena Studio)

Setna rocznica urodzin Jerzego Wasowskiego, obchodzona w 2013 roku, zaowocowała kilkoma teatralnymi przedsięwzięciami. Widziałam większość, myślę więc, że z pełną odpowiedzialnością mogę Państwu zarekomendować kameralny spektakl przygotowany w Teatrze Narodowym, a zatytułowany "Siodło Pegaza".

Miałam nadzieję, że Ewa Konstancja Bułhak – autorka scenariusza i reżyser spektaklu – do tematu podejdzie niebanalnie, a jednocześnie z odpowiednią atencją. Nie pomyliłam się. Postaci – bo są tu postaci – zostały naszkicowane delikatnie, acz wyraziście. Nawiązania do ducha Kabaretu Starszych Panów można było dostrzec, nie mając jednocześnie wrażenia nieudolnej próby kopiowania go. Mówiąc krótko – idealne połączenie humoru i liryki – wszystkiego w sam raz. W spektaklu występują trzy postaci: Lucy, czyli Ewa Konstancja Bułhak, Torrero – w osobie Pawła Paprockiego i Tolo – w tej roli Marcin Przybylski. Role to niewielkie, polegające na wypowiedzeniu kilku zdań i przede wszystkim – na zaśpiewaniu kilku piosenek. Największym (pozytywnym) zaskoczeniem był tu Paweł Paprocki, którego zdarzało mi się oglądać w różnych spektaklach Narodowego, nie miałam jednak pojęcia, że tak dobrze potrafi śpiewać. Marcin Przybylski i sama pani reżyser w tej kwestii nie zaskoczyli – jedynie ugruntowali swoją pozycję śpiewających aktorów. Kolejnym, ogromnym atutem spektaklu jest repertuar. Obok piosenek z tekstami Jeremiego Przybory, pojawiają się zupełnie nieznane, ze słowami Anny Borowej czy Jana Brzechwy. Zestaw autorów uzupełniają Jerzy Miller, Bronisław Brok i Roman Sadowski. Kierownictwo muzyczne nad całym przedsięwzięciem objął Jakub Lubowicz, a obok niego w skład zespołu muzycznego wchodzą jeszcze Dawid Lubowicz (skrzypce), Franciszek Młynarski (perkusja) i Marcin Murawski (kontrabas). Młody zespół muzyczny idealnie czuje się wśród młodych wykonawców i wszyscy razem, co czuć na widowni, świetnie się czują ze sobą. Całość jest lekka, inteligentna i nienaganna artystycznie.

I tak sobie pomyślałam, niezależnie od radości, jaka towarzyszyła mi, jako widzowi po wyjściu z teatru, że przedstawienie to powinno być lekturą obowiązkową dla osób chcących przygotowywać podobne przedsięwzięcia. Mam też nadzieję, że młodym artystom uda się doprowadzić do rejestracji tego przedsięwzięcia, że tak jak w wypadku przedstawienia „Nie jesteś sama” powstanie płyta CD, że uda się pegaza siodłać nie tylko w Warszawie, ale i w innych miejscach naszego kraju. Rok Jerzego Wasowskiego obfitował w wydarzenia, ale gdyby jego obchody miały się ograniczyć tylko do "Siodła Pegaza", spokojnie uznałabym, że się udały.

P.S.
16 grudnia 2014 roku "Siodło Pegaza" zagrane zostanie po raz ostatni. Nie zostało zarejestrowane ani audio ani video. Zniknie. Bo składa się z piosenek?

Bez komentarza.


SIODŁO PEGAZA. UTWORY JERZEGO WASOWSKIEGO
scenariusz i reżyseria: Ewa Konstancja Bułhak
premiera: 16 marca 2013


10:01, chodzimydoteatru , Teatr
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 listopada 2014
Wiśniowy sad - Teatr Studio

Agnieszka Glińska sama jest sobie winna. „Mewą” w Teatrze Narodowym zawiesiła sobie czechowowską poprzeczkę tak wysoko, że idąc na „Wiśniowy sad” do Studia, spodziewaliśmy się ogłuszenia.
Czechow w Studio był ciekawy, nie można nie zauważyć, że pani reżyser ma klucz do twórczości doktora Antoniego i w dalszym ciągu szuka nowych, własnych sposobów na jego pokazanie dzisiejszemu widzowi. „Wiśniowy sad” Glińskiej trochę za bardzo oszalał, za bardzo pędził, co uwypukliły zwłaszcza momenty, kiedy na chwilę się zatrzymywał i robiło się pięknie. Na przykład w chwili spotkania z przechodniem (Irena Jun). Pani reżyser powtórzyła pomysł z „Płatonowa” we Współczesnym, polegający na tym, że aktorzy mówili swoje kwestie stojąc na wprost widzów. Tunia twierdzi, że to znakomity, poprawiający komunikację z widzem pomysł. Że ma się wrażenie, jakby bohaterowie Czechowa ze swoimi problemami pojawili się w XXI wieku, a że niektóre ich dylematy bliskie są naszym...

Zanotowaliśmy dwie naprawdę świetne role. Joanna Szczepkowska jako Szarlotta Iwanowna chyba po raz pierwszy sprawiła, że ta postać wyszła z drugiego planu, miała coś do powiedzenia, a nie tylko pokazywała magiczne sztuczki. Łukasz Lewandowski jako Łopachin znakomicie powiedział monolog po wygranej licytacji. Przełamał też nieco schemat Łopachina jako prostaka i chama. W pozostałych rolach zachwyciły lub irytowały nas momenty. Monika Krzywkowska grająca Raniewską – kapitalna w pierwszej scenie, gdy się śmiała, później z każdą chwilą znikała w ogólnym zamęcie. Powściągliwie i pięknie tragizm Warii pokazała Natalia Rybicka, ale dzwoniące przy każdym jej kroku klucze – irytowały. A już zupełnie i to dosłownie nie rozumieliśmy Krzysztofa Stroińskiego grającego Leonida. Nie dotarło do nas ani jedno wypowiedziane przez aktora słowo. Dlaczego? Starego Firsta zagrał Stanisław Brudny.

Podsumowując: ciut za dużo (naszym zdaniem) było w tym przedstawieniu wódki, krzyku i śmiechu i nieco za mało Czechowa. Ale nie żałujemy. Żeby było jasne!


WIŚNIOWY SAD – ANTONI CZECHOW
przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska
reżyseria: Agnieszka Glińska
premiera: 16 grudnia 2013

12:32, chodzimydoteatru , Teatr
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 listopada 2014
Oniegin - Teatr Studio

Jak niewiele trzeba, by przeżyć w teatrze chwile wręcz magiczne. Wystarczy słuchać, wystarczy by porwała mówiącego melodia wypowiadanych słów, wystarczy zaufać autorowi, wystarczy literka po literce wypowiedzieć napisane wcześniej słowa, nie poprawiać, nie tłumaczyć, nie udowadniać swojej wielkości, czyli w skrócie wystarczy odrobina skromności i szacunku. I taki jest "Oniegin" w Studio. Aktorzy, prowadzeni przez Irenę Jun, najzwyczajniej w świecie mówili (nie wygłaszali właśnie!) Puszkina w cudownym przekładzie Tuwima i Ważyka. A jak po mistrzowsku mówić wiersz usłyszeliśmy, gdy Pani Irena „wyśpiewała” podróż Tatiany z matką do Petersburga. Słyszałem stukot kół...

W spektaklu wystąpili: Irena Jun, Marta Juras (Tatiana, pięknie pokazała miłość), Justyna Bielecka (Olga), Mateusz Damięcki (Oniegin, dzisiaj już nie tylko przystojny mężczyzna), Modest Ruciński (Lenski, świetnie wykonał arię z opery Czajkowskiego) oraz Krzysztof Stelmaszczyk – ze swoim nieodzownym ironicznym uśmiechem i dystansem. Pięknie komponowały się poezja i muzyka w niewielkim foyer oświetlonym ogromnym żyrandolem.

Kto kocha "czysty" teatr musi, a spektakl polecam też młodym "tfórcom" teatralnym, ku zastanowieniu.


ALEKSANDER PUSZKIN – ONIEGIN
przekład: Adam Ważyk, Julian Tuwim
reżyseria: Irena Jun
premiera: 27 kwietnia 2014

20:48, chodzimydoteatru , Teatr
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54