Lubimy chodzić do teatru.Rozmawiamy o tym, co widzieliśmy.Pisze J. - T. czasem coś dodaje...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Kabaret | Krótko | Książki | Teatr | Z Archiwum J. | Zaproszenia
RSS
sobota, 23 maja 2015
Msza za miasto Arras - Teatr Powszechny (1994)

Teatr Narodowy – "Msza za miasto Arras" – nie byliśmy na premierze (wszystko jeszcze przed nami), ale w związku z tym wyciągamy z domowego archiwum zapis tego, co zanotowaliśmy na temat spektaklu w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego sprzed lat dwudziestu...

Z archiwum J.:

Książka Andrzeja Szczypiorskiego, zaadaptowana na scenę przez Igora Sawina, powstała chyba w roku 1971. Pracę nad nią autor rozpoczął po wydarzeniach Marca 68 , więc opisując wypadki, które rozegrały się w Arras w wieku XV, Szczypiorski sprzeciwia się fanatyzmowi i nietolerancji w każdym miejscu i momencie. I kontekst Marca nie jest tu bez znaczenia.

Zdobiony fotel na podeście - to jedyny rekwizyt tego spektaklu. Snujący przed nami (przez półtorej godziny) swoją opowieść Jan używa jeszcze chusteczki. Można więc napisać, że na scenie jest tylko aktor – aktor doskonały – Janusz Gajos. Od samego początku zostałem obezwładniony – nawet tą dość długą ciszą zanim padły pierwsze, wypowiadane z wysiłkiem, monotonnie, chwilami wręcz niewyraźnie, słowa. Ta swoista spowiedź starego człowieka (znakomita charakteryzacja!), z czasem się zmienia, bohater jakby młodnieje, a mówienie o okrucieństwie wspominanych zdarzeń zaczyna sprawiać mu przyjemność, tak w każdym razie to odczytałem. Jan, któremu początkowo nawet siedzenie sprawia trudność, w miarę upływu czasu i rozwoju opowieści, zaczyna chodzić szybkim, nerwowym krokiem, by po chwili znowu zapaść się w fotelu. Gdy wylicza zbrodnie popełniona na żydowskich mieszkańcach Arras, rytmicznie uderza ręką w poręcz, a podchodząc do krawędzi sceny i wołając „Panowie!!!” także nas widzów przywołuje na świadków swojej spowiedzi.
Gajos doskonale kontroluje swoje zachowanie, nie pozwala na odgrywanie i ogrywanie sytuacji, po prostu mówi. A mówił tak, że gdy skończył na widowni zapanowała długa cisza, jakbyśmy nie mogli wyjść z tego wspomnianego na początku obezwładnienia.


MSZA ZA MIASTO ARRAS – ANDRZEJ SZCZYPIORSKI
reżyseria: Krzysztof Zaleski
premiera: 3 września 1994

Tagi: Gajos
12:35, chodzimydoteatru , Z Archiwum J.
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 kwietnia 2015
Posprzątane - Teatr Współczesny

Kto ma ochotę na łyk dobrego aktorstwa, powinien wybrać się na "Posprzątane" we Współczesnym. Tekst nie jest może najwyższych lotów, ale nie brak mu scen dowcipnych i zaskakujących. Pierwsza część – zdecydowanie lżejsza, chwilami wręcz komediowa, w drugiej poruszane są tematy zdecydowanie poważniejsze, ale i tu mamy sporo przerysowań i absurdów. Czyli – jest życiowo. Mowa jest oczywiście o sprzątaniu, tym klasycznym polegającym na bieganiu z odkurzaczem i zmiotką ale także o porządkowaniu spraw ważnych i najważniejszych, o samotności i potrzebie bycia potrzebnym, o pozornych sukcesach, będących właściwie porażkami, a także (a może przede wszystkim) o prawdziwej miłości.

Bożena Suchocka – reżyser spektaklu – poprowadziła go zgodnie z literą tekstu. Gdyby się czegoś czepiać – to zbędnej dosłowności, dociskającej pedał komediowy, pojawiającej się w niektórych scenach – na przykład zimowa etiuda Charlsa (Leon Charewicz) i żywe drzewo, której ze swojej wyprawy przywiózł.

Zaczęliśmy od pochwały aktorstwa, pora więc na nazwiska – Agnieszka Pilaszewska (Lane) z niezwykłą starannością "odkobieciła" swoją bohaterkę, była zasadniczą panią doktor, dla której liczy się tylko praca, ale też wspaniale pokazała zrzucenie maski "sztywniary". Marta Lipińska (Virginia) doskonała jako "ta gorsza, pogodzona z tą pozycją siostra" pięknie zagrała potrzebę bycia komuś potrzebnym, choćby tylko do posprzątania, kapitalna była też w króciutkiej chwili buntu. Agnieszka Suchora (Matilde) dawno już nie dostała szansy na stworzenie ciekawej kreacji, tu jako nie lubiąca sprzątać pomoc domowa swoją szansę wykorzystała do cna. Jej tworząca dowcipy bohaterka, której rodzice zmarli ze śmiechu, jest bardzo prawdziwa, mimo absurdalnych sytuacji w jakich się znajduje. Leon Charewicz trafnie wypunktował cechy swojego bohatera, był śmieszny i żenujący zarazem.

Na pewno we Współczesnym oglądaliśmy już ważniejsze i lepsze spektakle, ale "Posprzątane" to rzetelna teatralna, a przede wszystkim aktorska robota. Bez ambicji zmieniania świata. I za to duży plus.


POSPRZĄTANE – SARAH RUHL
przekład: Małgorzata Semil
reżyseria: Bożena Suchocka
premiera: 9 listopada 2013

11:22, chodzimydoteatru , Teatr
Link Komentarze (3) »
środa, 18 marca 2015
Makabreski - Teatr Syrena

"Makabreski" to spektakl dla widzów w każdym wieku. Jego bazę stanowią "wychowawcze" wierszyki–makabreski z wieku XIX wieku, w większości autorstwa Heinricha Hoffmanna, niemieckiego pisarza i psychiatry. Po takim wstępie już wiadomo, jakich metod wychowawczych możemy się spodziewać (każde dziecięce nieposłuszeństwo kończy się okrutną karą albo śmiercią), a jeśli do nazwiska Hoffmana dodamy jeszcze naszego Stanisława Jachowicza – wszystko stanie się jasne.

Reżyser i pomysłodawca przedstawienia Jerzy Bielunas, to oczywiście gwarancja jakości, ale aż takiego koncertu (!) się nie spodziewaliśmy. Należy pochwalić wszystko – kostiumy i scenografię Elżbiety Terlikowskiej (piorun nas zwyczajnie poraził!), muzykę Mateusza Pospieszalskiego i Marka Materny, kontrastującą przez swoją nowoczesność z tekstami, ale idealnie też z nimi współgrającą, aktorów – bez wyjątku, którzy prócz perfekcji wykonawczej, świetnie się bawili nie przekraczając ani przez chwilę cieniutkiej granicy kiczu, którą występując w podkolanówkach i krótkich spodenkach, tak łatwo przekroczyć. Każda piosenka to osobna historyjka i precyzyjnie zagrana scenka teatralna – z kaskadą inscenizacyjnych, scenograficznych i kostiumowych pomysłów. W pamięć zapadły nam zwłaszcza wyrapowana opowieść o Zosi, „co tańcować wciąż chciała” z absolutnie hitowym refrenem „pożałuje, kto tańcuje” oraz „Legenda o świętym Mikołaju”, której głównym bohaterem był rzeźnik, choć i Mikołaj (a zwłaszcza jego czapka) niczego sobie, z fenomenalnym wykorzystaniem kukiełkowego chóru. Świetny był też pomysł na „Kolędę dla małych dzieci” o różdżce, która „choć bije, kości nie połamie” – zabawna zwłaszcza w zestawieniu z dzisiejszym rozumieniem słówka „różdżka” – to było zdecydowanie dla dorosłych…

Teraz musimy wymienić wszystkich wykonawców tego znakomitego przedstawienia: Jolanta Fraszyńska, Katarzyna Kubalska (doskonały taniec!), Beatrycze Łukaszewska, Kinga Preis (nadzwyczajna w historii o Jagusi, strasznym wietrze i parasolu), Hanna Śleszyńska, Krystyna Tkacz (piorun!), Michał Czaderna, Krzysztof Dracz, Przemysław Glapiński, Jacek Pluta, Bartosz Porczyk i Krzysztof Szczepaniak – BRAWA!

Nad tym spektaklem unosił się, co mnie niezmiernie cieszyło, duch Rolanda Topora i niech ów topór spadnie na telewizję publiczną, jeśli tego spektaklu nie zarejestruje!!! Płyta też by się przydała – dodała na koniec Tunia.


MAKABRESKI – MUZYCZNY SEANS CZARNEGO HUMORU (scenariusz na podstawie tekstów H. Hoffmana, S. Jachowicza, W. Bełzy i innych)
reżyseria i adaptacja: Jerzy Bielunas
premiera: 30 października 2014

15:11, chodzimydoteatru , Teatr
Link Komentarze (5) »
wtorek, 10 lutego 2015
Fortepian Pijany - Teatr Narodowy (Scena Studio)

Przyjemnie jest oglądać spektakl, którego twórca wie co i jak chce opowiedzieć. Takim reżyserem jest Marcin Przybylski. Na warszawską Wierzbową zaprosił Toma Waitsa. Poskładał jego chropowate piosenki w opowieść, dopowiedział prościutką historyjkę, a całość umieścił w miejscu, jakże miłym dla ludzi radia, czyli w starym studiu radiowym (łza mi się w oku zakręciła na widok mikrofonów Shure, dostrzegłem także stareńkiego Grundiga). W tym, nieco niecodziennym miejscu pojawili się zwykli, chociaż do Waitsa bardziej pasuje poszarpani ludzie. I tak toczy się przed nami ta opowieść, raz szybciej, raz wolniej, chwilami się uśmiechamy, częściej nie – i bez trudu odnajdujemy specyficzny klimat amerykańskiej prowincji sprzed kilkudziesięciu lat, rozpoznajemy niektóre piosenki, bywamy zaskakiwani... a kiedy Monika Dryl zagra saksofonowe solo, można tylko pomyśleć: o, żesz ty…!!!

W takim przedsięwzięciu wykonawcy są bardzo ważni, więc trzeba wymienić wszystkich. Zrobimy to według kolejności śpiewanych piosenek, chociaż na początek zasadę tę złamiemy dla Marcina Przybylskiego, który obsadził się w roli produkującego czy też kreującego nagrania tego dość niezwykłego zespołu zgromadzonego w studio – w roli narratora, a w pewnej chwili chyba nawet Waitsa… Wróćmy do aktorów: Jerzy Łapiński cudnie wyśpiewał "Mały deszcz", towarzysząc sobie na młynku do kawy (w czasie trwania spektaklu wielokrotnie udowadniana nam, że grać można prawie na wszystkim), Waldemar Kownacki, Anna Chodakowska – prawdziwa generał sceny, a jak zaśpiewała o bourbonie – moje pragnienie wzrosło niebywale. Wspominana już Monika Dryl – energia i smutek w jednym, Jacek Różański (ten od stachurowego "Życie to nie teatr"), absolutnie zaskakująca Wiesława Niemyska, która wzruszająco zanuciła "Kołysankę". Trzej młodzieńcy: Karol Dziuba – to on śpiewa tytułowy "Fortepian", Robert Jarociński i znany nam z "Kabaretu na Koniec Świata" fenomenalnie komiczno-tragiczny Mateusz Rusin. I jeszcze trzy dziewczyny: Paulina Szostak (bardzo dobry duet z Moniką Dryl w piosence "Marta"), rudy wamp czyli Anna Markowicz i świetnie wystylizowana Paulina Korthals. Aktorom towarzyszył zespół pod kierunkiem Andrzeja Perkmana.

Podejrzewamy, że waitsowi ortodoksi i fani biegle poruszający się w meandrach jego twórczości, znajdą w tym spektaklu wiele uchybień – tak jak my, znający biegle twórczość Jaromira Nohavicy, nie mamy przekonania do przenoszenia na scenę jego piosenek. Jednak dzięki temu, że Waitsa znamy pobieżnie, "Pijany fortepian" podobał się nam bardzo. Było w nim wszystko – znakomici wokaliści, zabawy konwencjami i drobiazgami (wystylizowane na młodą parę mikrofony), lekki świr zanurzony w dekadencji schyłkowych lat sześćdziesiątych. Ale żeby nie było tak całkowicie "och i ach" – uważamy, że całość można troszeczkę przyciąć.


FORTEPIAN PIJANY – TOM WAITS
układ piosenek i reżyseria: Marcin Przybylski
autor tłumaczeń: Roman Kołakowski
aranżacje muzyczne: Andrzej Perkman
premiera: 3 października 2014

12:00, chodzimydoteatru , Teatr
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 stycznia 2015
Tramwaj zwany pożądaniem - Teatr Ateneum

"Tramwaj zwany pożądaniem" w Ateneum, prócz tego że świetny, okazał się historią absolutnie współczesną, pełnokrwistą i drapieżną. Tuż po spektaklu zastanawialiśmy się, komu za taki stan rzeczy przypisać zasługi i doszliśmy do wniosku, że miejsce na podium należy się ekipie: autorowi Tennessee Williamsowi (trudno uwierzyć, że od prapremiery minęło prawie 70 lat!), Jackowi Poniedziałkowi – autorowi doskonałego przekładu, Bogusławowi Lindzie – perfekcyjnie wykorzystującemu materię literacką i teatralną oraz swoje filmowe doświadczenia, aktorom (o których jeszcze będzie), scenografce Jagnie Janickiej oraz grze świateł i oprawie muzycznej.

Przypomnijmy pokrótce, że historia rozgrywa się na przedmieściach Nowego Orleanu, w domu państwa Kowalskich, stojącym na Polach Elizejskich, dokąd dojeżdża się tramwajem zwanym pożądaniem. Jest gorąco, parno, strumieniami płyną whisky i piwo, a nad wszystkim unosi się zapach seksu przemocy. W taki właśnie świat wkracza neurotyczna Blanche, postać pozornie z innej bajki, bo inaczej wychowana, inaczej myśląca i czująca, która chce się ukryć, uciec z dotychczasowego kręgu myśli i czynów – w którym czuła się tak samo osaczona i tak samo nie na miejscu – ale jednocześnie skupia na sobie całą uwagę otoczenia, prowokuje, chce być w centrum wydarzeń, choć temu zaprzecza. Wcześniej czy później – dramat musi się wydarzyć.

W naszej relacji skupimy się na aktorach, bo w tym spektaklu nawet role drugoplanowe zasługują na uwagę. Zaczniemy od naszego największego zaskoczenia – Bartłomiej Nowosielski grający Mitcha – chyba pierwszy raz otrzymał do zagrania rolę, postać i w pełni tę szansę wykorzystał, a już etiuda taneczna (w deszczu) to prawdziwe mistrzostwo. Dalej, zupełnie nam nieznany, Tomasz Schuchardt (Stanley) bardzo ciekawie ogrywał i wygrywał swoją fizyczność. Stanął przed bardzo trudnym zadaniem, bo mierzył się z legendą Marlona Brando i mimo pewnych, zapewne zamierzonych, podobieństw stworzył „swojego” Stanleya. Delikatna, łagodna i rozdarta między mężem i siostrą była Paulina Gałązka w roli Stelli. I na koniec Julia Kijowska, która tak poprowadziła Blanche, że ja nie miałem żadnych skojarzeń z Vivian Leight. Jedyny zarzut, jaki można uczynić jej bohaterce, to zbyt delikatne cieniowanie zmian narastającego obłędu – z wyjątkiem oczywiście wstrząsającego odrętwienia w końcowych sekwencjach. Blanche Kijowskiej może miejscami była też zbyt ostra, ale to kolejna ciekawa rola tej młodej aktorki, która zaskakuje bogactwem zawodowego warsztatu.

Koniecznie.


TRAMWAJ ZWANY POŻĄDANIEM - TENNESSEE WILLIAMS
przekład: Jacek Poniedziałek
reżyseria: Bogusław Linda
premiera: 27 lutego 2014

22:52, chodzimydoteatru , Teatr
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54