|
|
środa, 25 stycznia 2012
Krótko:
Teatr Ochoty, gościnnie w Powszechnym -"Starucha" Danita Charmsa, członka awangardowego OBERIU - groteska i absurd, ale i strach przed śmiercią, i totalitarną władzą. Fenomenalnie zagrane: Andrzej Mastalerz, Adam Ferency, Bartłomiej Bobrowski (potrójny), Wiktoria Gorodeckaja (!!!), Anna Sroka (ten wiersz) i nadzwyczajnie zgrane z muzyką wykonywaną na żywo przez Piotra Tabakiernika. Reżyseria Igora Gorzkowskiego.
Więcej niebawem.
sobota, 14 stycznia 2012
Hydraulik - Teatr Ochoty
"Hydraulik" to bardzo pozytywna niespodzianka – prosta, z pozoru wręcz banalna historyjka, a w tle bardzo poważny problem rodzącej się psychozy. W tym miejscu od razu musimy napisać, że mamy do Gorzkowskiego pretensje iż rzecz cała kończy się tak gwałtownie, raczej zdecydowanie wbrew oczekiwaniom nas, widzów. Igor Gorzkowski wykorzystuje czy też inspiruje się scenariuszem filmu Petera Weira przenosząc miejsce akcji (i bardzo dobrze) do współczesnej Warszawy. Teraz kilkukrotnie padnie to samo słowo – reżyser fajnie miesza napięcie, fajnie "dogadał" się z aktorami, którzy z kolei fajnie pokazali swoich bohaterów, a do tego bardzo fajna scenografia – zaś pomysł z wysuwaną wanną – paluszki lizać. O czym jest "Hydraulik"? Oto młode, raczej szczęśliwe małżeństwo (Bartosz Mazur i Marta Chodorowska – brawa!!!) oraz ich sąsiadka (Anna Gajewska - dziękujemy za zaproszenie) i w ten poniekąd stabilny trójkąt wkracza pracownik administracji, hydraulik (Wiktor Korzeniowski). Czy jest to, jak "chce" pracująca w domu żona Joanna, psychopata, czy troszkę może dziwny, acz zwykły hydraulik, tego musicie dowiedzieć się sami. Weir, a zanim Gorzkowski, bardzo błyskotliwie obnażają nasze codzienne życie, jego śmieszności, ale i grozę robiąc to, co jest wielkim plusem, absolutnie niejednoznacznie. W końcu najważniejsze są niedopowiedzenia. Aktorsko przekonywała nas cała czwórka, chociaż Wiktor Korzeniowski zdecydowanie najbardziej zaciekawił, bo niby taki miły, niezdarny, ale miał w sobie też coś z Edka. Zaczajamy się na "Taksówkę".
HYDRAULIK – IGOR GORZKOWSKI reżyseria: Igor Gorzkowski premiera: 29 grudnia 2007r. spektakl Studia Teatralnego KOŁO, Warszawa.
piątek, 13 stycznia 2012
Pińska szlachta - Teatr Rampa
Pytanie, które ciśnie się natychmiast po opadnięciu kurtyny - ile jeszcze takich rarytasów leży zapomnianych w zakurzonych szufladach albo co gorsze uznanych zostało przez dzisiejszych decydentów teatralnych za ramoty, nie nadające się do pokazania. Napisana w drugiej połowie XIX wieku przez polsko-białoruskiego dramaturga Wincentego Dunin-Marcinkiewicza śpiewogra czy wodewil jako żywo natychmiast kojarzy się z komediami Fredry czy Bałuckiego, może nie można jej porównać z największymi utworami hrabiego Aleksandra, ale porusza podobne skądinąd, odwieczne tematy miłości młodych i sporów między rodzinami. Porusza też problematykę działania władz carskich i robi to w dość ostry sposób. Zgoda, fabułka wątlutka, ale jest coś, co każe pojechać na odległą od centrum ulicę Kołową. To kreacja, tak kreacja, białoruskiego aktora Wiktara Manujewa, który jako asesor sądowy Kruczkow jest po prostu rewelacyjny!!!! Zabawny, groźny, ojcowski, cwaniacki… Towarzyszą mu m.in. Olga Szomańska jako Marysia, Magdalena Cwen jako jej matka czy Marek Frąckowiak, a gdy my byliśmy na widowni, w roli konkurenta do ręki Marysi, w zastępstwie Jana Prochyry wystąpił... no właśnie, nikt nie był wstanie powiedzieć na pewno kto, prawdopodobnie sam reżyser Mikałaj Pinihin, ot ciekawostka. Zabawny, toczący się w przewidywalny sposób spektakl, w końcowej scenie, przenosi nas (metaforycznie) we współczesność. Półnadzy, pozbawieni wszystkiego szlachcice, z krzyżami, które potem zmieniają się w sztandary, jako żywo przywołują gorzki los dumnego, ale podzielonego narodu… Dzięki tej scenie "Szlachta pińska" w Rampie nie jest li tylko błahą komedyjką ze świetną rolą. Jest czymś zdecydowanie poważniejszym.
PIŃSKA SZLACHTA – WINCENTY DUNIN-MARCINKIEWICZ przekład: Barbara Krzyżańska-Czarnowieska reżyseria: Mikałaj Pinihin premiera: 30 września 2010r.
środa, 11 stycznia 2012
Iluzje - Teatr na Woli
Iwan Wyrypajew kolejny raz udowadnia, że w mistrzowski sposób potrafi "grać' swoimi bohaterami. "Iluzje" to właściwie zestaw monologów, ale jak świetnie autor zmienia rytm, jak precyzyjnie wygrywa pauzy i jak doskonale te monologi się uzupełniają.
A czym są tytułowe "Iluzje"? Unaocznieniem faktu, że można żyć ze sobą (obok?) wiele lat i kompletnie się nie znać, diametralnie różnie rozumieć i interpretować czyny i słowa partnera. "Iluzje" robią to najprościej jak można, a przy tym teatralnie, więc najbardziej czytelnie. Agnieszka Glińska, pani reżyser, zasłużyła na ogromne brawa, udowadniając że można zafascynować, zachwycić (chwilami naprawdę) bez fajerwerków, fikołków, prawie bez scenografii, nieomal w jednym oświetleniu. Żadnego mamienia. Odnieśliśmy wrażenie, że było to ryzykowne i odważne, ale udało się. Pani reżyser zaprosiła czwórkę dobrych aktorów, zaufała im i autorowi i nie zarezerwowała dla siebie "głównej roli". Przedstawienie na Woli przypomina chwilami telewizyjny talk-show, ale nadawany chyba z zaświatów, bo bohaterowie (chyba z jednym wyjątkiem) nie żyją. Dwa zaprzyjaźnione, o wieloletnim stażu małżeństwa "opowiadają", w tle sączy się muzyka na żywo (!!!). Aktorzy, dla których zespołowo i indywidualnie wielkie brawa to Dominika Ostałowska, Dorota Landowska (aaabsolutnie rewelacyjna, zwłaszcza w opowieści o ukryciu się w szafie!), Łukasz Lewandowski (pierwszy, długi monolog, wymagający niesłychanego skupienia na sobie uwagi widzów), Krzysztof Stroiński (przede wszystkim opowieść o pierwszym skręcie).
Wyszliśmy usatysfakcjonowani.
ILUZJE – IWAN WYRYPAJEW przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska reżyseria: Agnieszka Glińska premiera: 9 września 2011r.
wtorek, 10 stycznia 2012
Bracia Karamazow - Teatr Provizorium
Trochę wstyd, ale było to nasze pierwsze spotkanie z lubelskim Provizorium, istniejącym przecież od lat i naznaczonym pasmem znacznych sukcesów artystycznych.
Reżyser Janusz Opryński, z Provizorium związany od 1976 roku, doskonale przeczytał Dostojewskiego. "Bracia Karamazow" to świat mężczyzn, aż do granic wytrzymałości przepełniony namiętnościami, przede wszystkim do kobiet i pieniędzy. Siłą tego spektaklu jest aktorstwo, prostota i genialny pomysł scenograficzny (Jerzy Rudzki, Robert Kuśmirowski), który poniekąd buduje wszelkie napięcia. Wirowanie obrotowej sceny, raz szybciej, raz wolniej, dzielące kolejne sceny, było też odzwierciedleniem gorączki bohaterów. Przecież żyli oni w swoistym transie i owo wirowanie ów trans oddawało. Opryński, dzieląc przestrzeń sceny parawanami, zbudował niezwykle sugestywne obrazy, obrazy metaforyczne, jak choćby ta korona pojawiająca się w rozmowie Iwana z diabłem, czy nagie ciała stłoczone w komorze gazowej, no i ten turkot przy obrocie sceny natychmiast przywołujące turkot kół pędzącego pociągu. Opryński nie kombinował (przepraszamy za to słówko) przy tekście Dostojewskiego, poszczególne postaci przedstawiał przez dialogi między nimi. Dziesięcioro aktorów - dziesięć bardzo dobrych ról, ale Adam Woronowicz grający Fiodora to niezwykła, fascynująca kreacja. Jacek Brzeziński bardzo ciekawie pokazał Smierdiakowa, sugestywnie uwodzicielska była Karolina Porcari jako Grusza, a bracia – Alosza (Marek Żerański), Iwan (Łukasz Lewandowski), Dymitr (Mariusz Pogonowski) także znakomicie zbudowali swoje role.
Dostojewski Opryńskiego to świetny, chwilami porywający spektakl, a dla nas odtrutka po "Idiocie" Brala.
BRACIA KARAMAZOW – FIODOR DOSTOJEWSKI przekład: Cezary Wodziński adaptacja i reżyseria: Janusz Opryński premiera: 10 czerwca 2011r.
środa, 30 listopada 2011
Idiota - Teatr Studio
Obecność kobiety u mego boku wpłynęła zdecydowanie na dzisiejszy zapis, chciałem być okrutny i obok relacji ze spektaklu Grzegorza Brala zamieścić wspomnieniową notkę o spektaklu Andrzeja Wajdy sprzed trzydziestu lat (Nastazja Filipowna). Ci, którym szron włosy już przysypał, pamiętają i taka konfrontacja jest bezlitosna. Tunia kategorycznie zabroniła. Pan Bral zostaje więc solo. Przed spektaklem uprzedził nas, że to się dopiero rodzi, że taka właśnie jest jego metoda pracy, że spektakl do spektaklu nie musi być podobny. Pierwsza scena dawała spore nadzieje - spotkanie księcia (Maciej Wyczański) z Rogożynem (Przemysław Kosiński) przy zwłokach Nastazji - coś się zadziało. Potem cofamy się w czasie do urodzin Nastazji i tu się dopiero zaczyna - wśród krzyków, podskoków, latających noży, tańców z pochodniami i pejczami, popisu gimnastycznego w rozlanej wodzie, Dostojewskiego ledwo widać, ledwo słychać. A śród tego wszystkiego, zupełnie niespodziewanie Myszkin mówi swój szalenie ważny monolog o chrześcijaństwie, choć wcześniej wydawało się, że chodzi jedynie o namiętności. Całość wizualnie robi wrażenie - scenografia Marcina Jarnuszkiewicza. Tylko czemu bohaterów pozbawiono obuwia czy koszul, czemu Nastazja (Olga Paszkowska) maluje coś na prawie nagiej Agłai? Dostojewski to skupienie, a zarówno Tunia jak i ja, na spektaklu Grzegorza Brala tego stanu osiągnąć nie mogliśmy. Na jednym z blogów znaleźliśmy zdanie, że to spektakl dla tych co "Idiotę" czytali. My proponujemy pójść dalej. Zbliżają się długie zimowe wieczory, usiądźmy w fotelu i zwyczajnie przeczytajmy Dostojewskiego - gwarantujemy zrobi dużo większe wrażenie. A a’propos wrażenia - wszystko co reżyser starał się osiągnąć, zrujnował pomysł z wejściem pracowników technicznych i wycieraniem przez nich rozlanej na scenie wody - CO TO BYŁO? A może raczej, po co to było...
IDIOTA – FIODOR DOSTOJEWSKI przekład: Jerzy Jędrzejewicz scenariusz i reżyseria: Grzegorz Bral premiera: 11 października 2011r.
czwartek, 17 listopada 2011
Carmen, sztuka na 10 telefonów komórkowych - Teatr Capitol
"Carmen - sztuka na dziesięć telefonów komórkowych" - światowa prapremiera, na widowni autorka Esther Vilar, reżyser Robert Talarczyk, grupa "dyżurnych" celebrytów i słowo wstępne męża właścicielki teatru, pani Anny Gronostaj, że wreszcie obejrzymy "spektakl ważny, dla widzów wymagających i wyrobionych". Na scenie Joanna Trzepiecińska w stroju Carmen, rozbrzmiewają pierwsze takty muzyki Bizeta i, mimo standardowych próśb o wyłączenie telefonów komórkowych, rozlega się dzwonek i mężczyzna w jednym z ostatnich rzędów rozpoczyna głośną rozmowę w niezrozumiałym języku. Uciszany przez widzów i bileterkę nie wychodzi, tylko ciągle gadając, schodzi w dół, do sceny. Po chwili już wiadomo - to efekt zamierzony (patrz tytuł), może nie nadzwyczajny ale psikus był. Bohaterowie sztuki oglądają (choć nie bardzo wiemy kiedy) jakieś przedstawienie "Carmen", tylko zamiast słuchać, gadają przez telefony komórkowe. Niby "przeżywają" prawie to samo, co bohaterowie Bizeta, mając nam odpowiedzieć na pytanie - czy dzisiaj w miłości nic się nie zmieniło. Puentą (zamierzoną lub nie) jest konstatacja, że najważniejsza jest wolność, a kobiety są złe. Jak nam się wydaje spektakl będzie "grany", tak znane nazwiska jak Bartosz Obuchowicz (czemu się tak miotał) czy Maria Niklińska (bardzo ładna) przyciągną. Tunia, jako osoba o łagodnym usposobieniu i wyjątkowej życzliwości, zwróciła uwagę na "toreadorską" etiudkę Jacka Bończyka. Ja obejrzę sobie na dvd "Carmen" z Julią Migenes. Mam do tego prawo. No i okazało się, że nie jesteśmy widzami ani wyrobionymi ani wymagającymi. Na szczęscie?
CARMEN SZTUKA NA DZIESIĘĆ TELEFONÓW KOMÓRKOWYCH – ESTHER VILAR przekład: Jacek Kaduczak reżyseria: Robert Talarczyk premiera: 23 października 2011r.
sobota, 12 listopada 2011
Elling - Teatr IMKA
Przysłowia naprawdę są mądrością narodów. Nam sprawdziło się "do trzech razy sztuka" – dwie poprzednie próby obejrzenia spektaklu Siegoczyńskiego, a dokładnie dotarcie na Pragę na czas, zakończyły się niepowodzeniem, my zaś byliśmy anonimowymi sponsorami spektaklu. Teraz w "Imce", cztery lata po premierze, wreszcie "Ellinga" dopadliśmy. Upór nie poszedł na marne, bo obejrzeliśmy bardzo dobre przedstawienie – dobrze zagrane i fajnie przez Siegoczyńskiego wymyślone.
Z perspektywy innych prac reżysera, zauważamy przywiązanie do pewnych pomysłów, które gdyby nie umiejętne ich wykorzystanie, mogłyby razić. Przede wszystkim chodzi nam o umiejętność wykorzystania i "oswajania" kiczu (te pozornie koszmarne, a zarazem cudowne wyskakujące baloniki) i wykorzystywanie znanych, popowych piosenek tu, np. przeboju zespołu Alphaville (mam nadzieje, że tak) towarzyszącego "ich pierwszemu tańcowi", później odśpiewany na żywo duet miłosny. Może właśnie dlatego spektakl chwilami przypomina bajkę, która jak to bajka, musi skończyć się dobrze i słowo honoru to nie jest zarzut. "Elling" to opowieść o poszukiwaniu zrozumienia i miłości. Dwaj pensjonariusze zakładu psychiatrycznego w ramach pionierskiego programu reedukacji czy resocjalizacji otrzymują mieszkanie w "normalnej" kamienicy i tym samym muszą zmierzyć się z codziennymi sytuacjami, takimi jak choćby rozmowa telefoniczna czy wyjście po zakupy. Pomaga im w tym opiekun społeczny. A potem, w to już nieco oswojone życie wtargnie dziewczyna i znów zaczyna się dziać... Jarosław Boberek (Elling) i Tomasz Karolak (Kjell) absolutnie nie ogrywają upośledzenia swoich bohaterów, rewelacyjnie skontrastowani i zgrani, potrzebują niewielkiego gestu, minimalnej zmiany głosu do określenia postaci i towarzyszących im emocji. Obie role są znakomite. Wymarzoną dziewczynę zagrała Monika Pikuła, a pracownika socjalnego Tomasz Kot, który w trakcie przemienia się ze znudzonego, pewnego siebie urzędnika w zwykłego faceta z kłopotami. Ja, słowo daję, jestem pod wrażeniem Boberka, który" odwalił" kawał świetnej roboty, co tyczy się także pozostałej trójki, ale jego melorecytacja na wieczorze poetyckim była bezkonkurencyjna.
ELLING – AXEL HELLSTENIUS przekład: Halina Thylwe reżyseria: Michał Siegoczyński premiera: 16 lutego 2007r.
czwartek, 10 listopada 2011
32 omdlenia - Teatr Polonia
Historycznie było tych omdleń 33, ale brak tego jednego Czechowa absolutnie nie zubożył. A spektakl z gatunku tych, o których napisać trudno, bo słowom się wymyka. Głównie z racji swojej perfekcji.
Ale spróbujmy tak: - autor: Antoni Czechow,"Niedźwiedź", "Oświadczyny" (to tu ma miejsce słynny spór o Wołowe Łączki) i kompilacja dwóch opowiadań z tomu "Historie zakulisowe". - scenograf: Jagna Janicka – zastosowała genialny minimalizm: krzesła, karafka, wieszak – więcej nie trzeba. - reżyser: Andrzej Domalik – nie poprawiał, nie unowocześniał, nie szokował. Zachował pełny szacunek dla autora i wykonawców, poddał się sile słowa i oddał scenę w jego władanie. - aktorzy: Krystyna Janda, dająca pełne spektrum swoich możliwości; Ignacy Gogolewski, trochę w cieniu kolegów, ale wystarczył jeden uśmiech albo gest i był na pierwszym planie; Jerzy Stuhr - pokaz naprawdę niebywałego kunsztu. A kreacji dziewięć i każda inna, zagrana perfekcyjnie i jednocześnie lekko, z nutką pobrzmiewającej tu i ówdzie autoironii (jak choćby użycie głosu dobrze znanego z pewnej animacji).
32 omdlenia to teatralna lektura obowiązkowa!!! I żadna pochwała nie jest tu na wyrost.
32 OMDLENIA - ANTONI CZECHOW adaptacja i reżyseria: Andrzej Domalik premiera: 15 kwietnia 2011r.
W adaptacji wykorzystano jednoaktówki "Niedźwiedź" w przekładzie Jerzego Wyszomirskiego, "Oświadczyny" w przekładzie Artura Sandauera oraz opowiadania z tomu "Historie zakulisowe" - "Impresario pod kanapą" w przekładzie Jana Brzechwy i "Pierwszy amant" w przekładzie Ireny Bajkowskiej.
poniedziałek, 31 października 2011
Kasta la vista - Teatr Ateneum
Zaczyna się zupełnie niewinnie. Do banku wchodzi para interesantów – nieco już nieporadna starsza pani (Elżbieta Kępińska) i pewny siebie, ale dobrze wychowany biznesmen Jacek Kraft (Krzysztof Tyniec). Obsługuje ich upiornie zasadniczy kasjer (Artur Barciś). Krótka, bo zaledwie kilkuminutowa obecność pani Kępińskiej na scenie, to była możliwość zetknięcia się z aktorstwem przez wielkie A. Starsza pani wychodzi i w tym momencie się zaczyna – to miała być banalna operacja, wypłata gotówki z konta, ta z pozoru prosta sprawa okaże się wstępem do absurdalnych i dramatycznych wydarzeń. Klient zostaje uwięziony w banku, oskarżony o "przejście" z kasty do kasty (Hindusi, którzy przejęli bank wprowadzają swoje prawo), sytuacja natychmiast kojarzy się z Kafką.
Sztuka Sebastiena Thiery to czarna komedia z, jak to się ładnie mówi, drugim dnem - wokół Jacka Krafta z każdą sceną mocniej zaciska się pętla absurdu (tylko indyjska sieć komórkowa, ochrona banku jest w Delhi, od rozmowy z rodzicami zależy jak potoczą się dalej jego losy) oraz strachu. W banku pojawią się jeszcze dwie panie: przełożona kasjera (Marzena Trybała) i wezwana w celu złożenia zeznań matka Krafta (Maria Ciunelis).
"Kasta la vista" to świetny, współczesny tekst. Inteligentny i zabawny, a jednocześnie groźny. Czytany w kontekście wielkiego światowego kryzysu, liny ratunkowej, którą rzucają Europie Chiny, oby nie stał się samospełniającą się przepowiednią. To także świetne, współczesne przedstawienie, dobrze zagrane, choć tu mamy niewielkie pretensje do pani reżyser Eweliny Pietrowiak, że nie potrafiła okiełznać temperamentów panów Barcisia i Tyńca (szczególnie) w momentach, w których naprawdę stawało się groźnie. Niestety pozwolili oni publiczności zbyt się "rozbrykać" i śmiech rozbrzmiewał także wówczas, gdy do śmiechu (przynajmniej nam) wcale nie było. Kolejne plusy to znakomity przekład Bartosza Wierzbięty oraz doskonale współgrająca z tekstem biało – zimna scenografia autorstwa pani reżyser. Naprawdę dobra, teatralna robota.
KASTA LA VISTA - SÉBASTIEN THIÉRY przekład: Bartosz Wierzbięta reżyseria: Ewelina Pietrowiak premiera: 28 kwietnia 2011r.
|