|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
|
środa, 16 maja 2012
Ucho, gardło, nóż - Teatr Polonia
Nareszcie! Przeszło 6 lat po premierze... Zapewne monodram przez ten czas ewoluował, ale problem pamięci traumatycznych przeżyć wojny i jej okrucieństw raczej się nie zmienił. Tę brutalną, wojenną opowieść Tonka Babić miesza z historiami z młodości, wspominając swoje miłości czy erotyczne uniesienia. Ta niespójna opowieść, nadzwyczajnie zwyczajna, chwilami śmieszna, chwilami okrutna – jak ta historia o znęcaniu się nad bratankiem – okraszona jest ogromną ilością wulgaryzmów. Popularne słówko na "k" występuje we wszystkich znanych, dopuszczalnych i niedopuszczalnych formułkach. Jest wykrzyknikiem, znakiem zapytania, kropką, ale to absolutnie nie przeszkadza. Opowieść Tonki po prostu wsysa widza. Wielka w tym zasługa Krystyny Jandy, która nadzwyczajnie panuje, wręcz rządzi publicznością – pozwala się śmiać i natychmiast ten śmiech gasi, jeśli trzeba. I kiedy już prawie wszystko wiemy, gdy ktoś wali do drzwi, Tonka włącza głos w niemym do tej pory telewizorze, słyszymy przeraźliwe krzyki, gaśnie światło, a na widowni długo trwa cisza.
Chyba możemy zaryzykować tezę, że Krystyna Janda w znaczny sposób, bardzo ostry, oskarżycielski tekst Verdany Rudan, wzbogaciła. A może "tylko" ożywiła? Na zakończenie zdanie, które paść musi. Monodram to żywioł Jandy, a "Ucho, gardło, nóż" kolejny raz tezę tę potwierdza. I może jeszcze cytat: "Gdybyście byli normalną publicznością, dawno byście wyszli. Ale to mój teatr i nikt nie wyjdzie, bo zamknęłam drzwi" - chyba nawet gdyby te drzwi były otwarte, nikt by się nie ruszył.
UCHO, GARDŁO, NÓŻ – VERDANA RUDAN przekład: Grzegorz Brzozowicz adaptacja i reżyseria: Krystyna Janda premiera: 12 listopada 2005r.
wtorek, 08 maja 2012
Zrób sobie raj - Teatr Studio
Twórcy tegoż wydarzenia uznali, że zasługujemy najwyżej na czyściec.
Dość rzadki wypadek, by dwóch aktorów grających b. ważne role było obecnych na scenie raczej tylko ciałem – pan grający Jezusa nie wypowiedział jednego zdania bez pomyłki, pan grający "krematornika" (skądinąd naprawdę niezły aktor) był wyraźnie zajęty poszukiwaniem klucza do swojej roli. Panie adaptatorki podejmowały kilka prób zakończenia spektaklu - tylko czemu nie na próbach? Czemu raz mówiono po czesku raz po polsku? Czemu historii Lidi Baarovej towarzyszyła piosenka Wojciecha Młynarskiego? Czemu służyła ogromna, z zaangażowaniem obrotowej sceny, scenografia? Czemu służył występ kwartetu męskiego? Tych "czemu" mamy jeszcze więcej, tylko czemu mamy się nad sobą znęcać? Niestety, według nas, ten spektakl to była amatorszczyzna i to ta źle pojęta. Tunia, jako dobra dusza, próbowała tłumaczyć, że trudno pokazać na scenie opisywanie zjawisk – tym zajmują się reportaże Szczygła, że cień pomysłu był, bo postać Jezusa, etc., ale ja jako podlec uważam, że skoro nie potrafię, to nie pcham się na afisz. Bardzo współczujemy Katarzynie Herman i Stanisławowi Brudnemu (przy okazji najlepsze życzenia imieninowe!), którzy jakoś w całości usiłowali się odnaleźć, ale niewiele mogli.
Odradzamy na scenie i polecamy "Zrób sobie raj" Mariusza Szczygła w wersji papierowej.
P.S. Mój syn skomentował tę notkę takim zdaniem "Może wy nie rozumiecie czeskiego poczucia humoru?". Jest cholernie złośliwy.
ZRÓB SOBIE RAJ – MARIUSZ SZCZYGIEŁ scenariusz i reżyseria: Kasia Adamik i Olga Chajdas premiera: 8 marca 2012r.
czwartek, 03 maja 2012
Szpilmania i Smuteczek
26 września 2011r. w Och-Teatrze obejrzeliśmy spektakl, na który złożyły się piosenki Władysława Szpilmana przeplatane fragmentami (najczęściej) wiadomości radiowych z "tamtej" epoki, Wszak Szpilman to przecież radio. Reżyser i równocześnie jeden z dwójki spikerów radiowych, Andrzej Strzelecki, to jak zwykle gwarancja profesjonalnego i pełnowartościowego "produktu", nawet jeśli na scenie aktorzy zupełnie młodzi i czasem zupełnie nie znani. Prym wiodły dziewczyny, że wymienimy tylko rudowłosą piękność Katarzynę Dąbrowską, Monikę Węgiel (pamiętamy Wierę) czy trochę naszym zdaniem nie wykorzystaną Natalię Sikorę. Wśród panów pierwsze skrzypce grał Marcin Januszkiewicz a w radiowym studiu, obok reżysera pracowała Joanna Pałucka. Usłyszeliśmy, co oczywiste, nie wszystkie największe przeboje Władysława Szpilmana, ale m.in "Czerwony autobus", "W małym kinie", "Deszcz" czy "Nie wierzę piosence" wybrzmiały. Kierownikiem muzycznym spektaklu i jak mniemamy także aranżerem był Marek Stefankiewicz. Całość cudownie sentymentalna, ale czegoś jednak zabrakło. Nie chcemy tu mieszać metafizyki, więc o duchu pisać nie będziemy, o ten "brak" obwiniając sytuację, w jakiej spektakl był zagrany. Wieńczył on bowiem kilkudniowy, bardzo rozbudowany festiwal Szpilmana, na widowni żona kompozytora, pani Halina, syn Andrzej i wiele dawnych gwiazd polskiej piosenki m.in Olgierd Buczek.
12 grudnia 2011r. w Teatrze Dramatycznym, jak mawia Wiktor Zborowski, zaszczyciliśmy od strony widowni spektakl "Smuteczek czyli Ostatni naiwni", wieczór przywołujący Kabaret Starszych Panów. Okazją była emisja przez NBP monet poświęconych panom Jeremiemu Przyborze i Jerzemu Wasowskiemu. Spektakl wyreżyserował Maciej Stuhr wcielając się równocześnie w postać pana Y, panem X był Grzegorz Małecki - obaj świetni, dystyngowani, dowcipni, a wspomnień czar pomagała im przywoływać plejada doskonałych aktorów i wykonawców - wspaniałą hrabiną Tyłbaczewską była Ewa Konstancja Bułhak (!!!!), panną Żerżeniewską – Dominika Kuźniak (cacuszko), świetnie wypadły panie Joanna Kołaczkowska (Żerżniewska), Ania Dąbrowska (Julietta), Aga Zaryan (Pokrzywdzona). Wśród panów na szczególne wyróżnienie zasłużył Piotr Adamczyk jako docent Kurniewicz (ten garniturek i ewolucje z szarfami), ale i panowie Tomaszowie Kot - Huzar i Karolak – Pan Bącz (świetny w "Upiornym Twiście"). Wszystko w duchu, pełne cytatów, a przecież obyło się bez kopiowania i udziwniania. Perfekcja - to słowo powtarzało się często i to podkreślały w rozmowie po spektaklu panie Barbara Krafftówna i Barbara Rylska. I jeszcze jedno, jako support wystąpił zespół wokalno-instrumentalny złożony z pracowników NBP, a posag dla hrabiny Tyłbaczewskiej osobiście na scenę dostarczył Prezes NBP, pan Marek Belka. Okazało się, że można robić takie rzeczy bez zbędnego dęcia w wielkie, acz fałszywie najczęściej brzmiące trąby. Duża przyjemność.
Ważna informacja - spektakl Andrzeja Strzeleckiego można czasem obejrzeć w Teatrze Ateneum, spektakl Maćka Stuhra podobno kiedyś jeszcze powróci, gdyby jednak nie, szczęśliwie zarejestrowała go TVP i na pewno będzie powtarzać.
środa, 02 maja 2012
Krótko: Studio.
"Sierpień" czyli triumf tradycyjnego teatru, bez błyskotek i kapiszonów. Triumf aktorskiego warsztatu Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, Ewy Błaszczyk, Małgorzaty Rożniatowskiej, Edyty Jungowskiej i Joanny Trzepiecińskiej. Panowie, za sprawą autora Tracy Lettsa, na drugim planie, ale nie znaczy, że gorsi. Więcej... za jakiś czas.
Krótko: Ateneum.
"Shitz" Hanocha Levina. Kolejne satysfakcjonujące spotkanie z tym autorem. Reżyser Artur Tyszkiewicz (ten od "Gumek") znalazł sposób na umiejętne połączenie czarnego humoru i obsceniczności z liryzmem ludzkich marzeń. Bardzo gorzki, choć momentami groteskowy, by nie powiedzieć śmieszny dialog, przeplatany jest songami i to nadaje spektaklowi niezwykły rytm. Opowieść o rodzinie Shitzów, chwilami naprawdę przeraża i szokuje – dowodem wyjście przed końcem I aktu grupy starszych widzów. Aktorzy: Wiktor Zborowski - to zwyczajnie najprawdziwszy Pephes Shitz (!!!), Marzena Trybała, jego żona Cesia, Wiktoria Gorodeckaja, ich córka Szeprahci - kapitalna oraz Wojciech Brzeziński w bardzo niewdzięcznej roli wyrachowanego zięcia. I na dodatek wszyscy potrafią śpiewać. My polecamy.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Krótko: Syrena.
Podwójna dawka humoru w Syrenie: Wbrew kulinarnym zasadom danie główne podano jako pierwsze. Grupa MoCarta to perfekcja, wirtuozeria i poczucie humoru. Zastanawia nas zawsze czemu osoby "odpowiedzialne" za ich występ, muszą coś dodać w celu "uatrakcyjnienia"? I kolejne: czemu opowieść o Janie Sebastianie kończy się "bachem" z krzesełka? MoCarci! Wam to do niczego niepotrzebne! "Frak'n Roll" bardzo polecamy!
Danie drugie: Artur Andrus i przyjaciele - mimo że w Syrenie, pili w Spale, spali w Pile. Artur Andrus, Andrzej Poniedzielski, Hanna Śleszyńska, Maria Czubaszek (tylko czemu tak krótko), Grupa MoCarta i Chór Kameralny Collegium Musicum UW - standardowo wysoki standard. Szczególnie smakowity monolog Andrzeja Poniedzielskiego i wiązanka piosenek Boney M. w wykonaniu Hanny Śleszyńskiej i głównego bohatera.
Oba koncerty wkrótce do obejrzenia na DVD.
sobota, 14 kwietnia 2012
Krótko: Polonia.
"Seks dla opornych" kanadyjskiej pisarki Michele Riml - spektakl bez pretensji by nazwać go arcydziełem, ale to niezły kawałek teatralnego tortu, bardzo zresztą smakowity. Świetnie zagrany przez Dorotę Kolak i Mirosława Bakę (ten wokalno-taneczny numer!!!!!). Koprodukcja z Teatrem Wybrzeże. Polecamy na wiosenno-letni wieczór. A więcej, niebawem.
Nieskończona Historia - Teatr Powszechny
Wyszliśmy z Powszechnego zachwyceni co najmniej potrójnie: reżyserią, a dokładnie pomysłem Piotra Cieplaka, aktorami - wspaniała zespołowa kreacja i muzyką Jana Duszyńskiego. Pozwolimy sobie zacząć tak: "Nieskończona Historia" pachnie nam Białoszewskim, a to chyba wielki komplement. Artur Pałyga opowiada dzień mieszkańców starej kamienicy, gdzie profanum zderza się z sacrum, a więc brzydka codzienność z równie brzydką, codzienną moralnością, która ma nas niby usprawiedliwiać. Pałyga pokazał też śmierć, zwyczajnie, jak to się zdarza - starsza Pani odchodzi po cichutku w swoim mieszkaniu – co w małej społeczności wywołuje pewne zamieszanie. I to także jest zderzenie profanum śmierci z jej sacrum. Z tej brzydkiej normalności Cieplak stworzył prawie magiczne widowisko muzyczne - oratorium codziennego dnia. Oratorium to nieprawdopodobnie trudne zadanie dla wykonawców, które kilkunastoosobowy zespół wykonuje bezbłędnie. Kolejny raz trzeba by wymienić wszystkich, przepraszamy, ale zatrzymamy się tylko przy kilku nazwiskach – Elżbieta Kępińska i Maria Robaszkiewicz, dwie cudowne starsze panie, Olga Sawicka - właścicielka zakładu pogrzebowego, Mariusz Benoit - trener Trampek i jednocześnie przewodnik chóru, narrator, Andrzej Mastalerz - wynalazca systemu odliczania produktów na sklepowych półkach (fantastyczny monolog), Cezary Kosiński - czytający "Gilgamesza"... i tak moglibyśmy wyliczać dalej. Słów jeszcze kilka o pracy Piotra Cieplaka, który "bawił się" mieszając konwencje teatralne, nie bojąc się nawet kiczu (broń Boże zarzut). Mieszanka owa jest idealnie wymierzona, nadając spektaklowi świetne tempo i rytm i tu miejsce dla muzyki, bo ona jest jednym z najważniejszych elementów "Nieskończonej Historii". Jan Duszyński tekst Pałygi potraktował jak (mało klasyczne) libretto, ale właśnie zderzenie muzyki, chwilami wręcz symfonicznej, z "codziennym" tekstem (o sikaniu, bolących nogach, etc) to kolejny wielki plus tego spektaklu. Nie wiemy komu przypisać (reżyserowi czy kompozytorowi) pomysł z używaniem wyrażeń dźwiękonaśladowczych (brrrr, bum, pi), ale nawet one idealnie uzupełniały akcję. Koniecznie i obowiązkowo!
NIESKOŃCZONA HISTORIA – ARTUR PAŁYGA reżyseria: Piotr Cieplak premiera: 10 marca 2012r.
sobota, 31 marca 2012
Tuwim dla dorosłych - Teatr Roma, Nova Scena
Jerzy Satanowski kolejny raz "zrobił" teatr, opierając się na świetnym tekście, bardzo zróżnicowanym zarówno w treści, formie, jak i zwyczajnie w tempie. Przede wszystkim jednak jest to teatr pełen szacunku dla poezji Tuwima i właśnie owo zaufanie jest największym walorem spektaklu. Może się troszkę zapędzamy, ale uważamy, że Satanowski pokazał, czym jest naprawdę dobry kabaret. To w sumie takie proste – wystarczy tekst, muzyka i wykonawcy, ale ostatnio złożenie tych elementów w strawną całość udaje się dość rzadko.
Spektakl składa się z dwóch części – pierwszą określilibyśmy jako liryczno –pogodną, choć i tu reżyser wplótł teksty "poważniejsze", druga to "Bal w operze" z fenomenalną naprawdę muzyką Leszka Możdżera i bardzo wymownym, acz nienachlanym zakończeniem. Szósta aktorów absolutnie bezbłędna. "Ptasie radio" z muzyką Korcza zaśpiewane przez Annę Srokę to interpretacyjne cudo, podobnie zresztą jak jej duet z Jackiem Bończykiem śpiewający legendarny przez wykonanie Ewy Demarczyk "Grande Valse Brillante". Był cudowny "Czerwony kapturek", w którym do wymienionej dwójki dołączyli Joanna Lewandowska-Zbudniewek, Magdalena Piotrowska, Arkadiusz Brykalski i Jan Janga-Tomaszewski, był świetny męski tercet śpiewający o niespełnionej miłości…
Moglibyśmy tak wymieniać i wymieniać, tylko po co, to trzeba zobaczyć, tego trzeba posłuchać. Polecamy!!!! Tym bardziej, że na maleńkiej Scenie Novej Romy nie przeszkadza nawet (mogąca się przecież zdarzyć) awaria mikrofonu. A po spektaklu do domu należy zabrać płytę z piosenkami, która raz jeszcze udowadnia precyzję i perfekcję wykonania oraz przypomina co trafniejsze tuwimowskie frazy.
P.S. Pierwotnie spektakl miał być wystawiony pod tytułem "Całujcie mnie wszyscy w d...". Może i lepiej, że uległ zmianie – tytuł oczywiście, nie spektakl. Zresztą tej (kiedyś tytułowej) piosenki w spektaklu brak. Można jej za to posłuchać w Internecie i z tego, co wiemy, cieszy się ogromnym powodzeniem. I wcale nas to nie dziwi.
TUWIM DLA DOROSŁYCH – JULIAN TUWIM scenariusz i reżyseria: Jerzy Satanowski premiera: 15 stycznia 2011r.
sobota, 17 marca 2012
Zaklęte Rewiry - Teatr Konsekwentny/Studio
- Zaklęte rewiry! - Po co? Wilhelmi, Kondrat, Majewski, mnie to zupełnie wystarczy! - Proszę! - No dobrze.
Taki mniej więcej dialog poprzedził naszą wyprawę do Studia, po dwóch godzinach - składam oficjalnie wyrazy uznania i szacunku dla Adama Sajnuka i całego zespołu "Teatru Konsekwentnego". Przedstawienie toczy się świetnym, chwilami zawrotnym tempie, każdy element idealnie do siebie pasuje, począwszy od kapitalnego pomysłu - zaproszenia widzów do restauracji w hotelu "Pacyfik", przez co część z nas, ta siedząca przy stolikach, uczestniczy w spektaklu. Przestrzeń studyjnej Malarni z jednej strony zamyka królestwo Michaliny w ogromnej rudej peruce, z drugiej zaplecze baru, a na jednej ze ścian "umieszczone" zostały pokoje dla młodego personelu - ja przez chwilę zobaczyłem amerykańskie więzienie - to wszystko świetne scenograficzne pomysły Sylwii Kochaniec. Na wielkie brawa zasługuje cały zespół aktorski, także za bezbłędne wykonanie zadań choreograficznych autorstwa Jarosława Stańko – takie przemieszczanie się z tacami to naprawdę skomplikowana forma taneczna. Do tego jeszcze zabawny, spontaniczny (oczywiście świetnie przygotowany) występ wokalny kelnerskiego zespołu rewelersów na balu sylwestrowym, a wszystkim tym taneczno-wokalnym wyczynom towarzyszyła muzyka na żywo (!).
Powieść Worcella to historia dojrzewania i awansu młodego chłopaka, któremu udało się w finale uratować godność (człowieczeństwo) i wyrwać się z owych kelnerskich zaklętych rewirów. Nie będziemy tu opisywać kolejnych scen, choć przy jednej chcemy się zatrzymać. To scena egzaminu kelnerskiego i późniejsza, gdy pijany Romek wygłasza, na pierwszy rzut ucha brzmiący całkowicie absurdalnie i abstrakcyjnie, wiersz z "Alicji w krainie czarów". To on stanowi coś w rodzaju przepustki do wolności, poprzez swoją w tym miejscu absurdalność właśnie, uświadamia prawdę o "Pacyfiku". Jak już pisaliśmy, aktorsko było świetnie. Mateusz Banasiuk grający Romka (dla nas absolutny debiutant) autentycznie zmieniał się w trakcie spektaklu. Marek Kossakowski grający nieszczęsnego Tarasa, Jerzy Połoński grający starego kelnera Ugora, no i oczywiście Mariusz Drężek - Fornalski, prześladowca Romka doskonały, inny niż Wilhelmiego, pomysł, odrzucił fizyczność, został psychopata z przyklejonym uniżonym uśmiechem dla gości (świetna scena, gdy Romek zrzuca kelnerski uniform a na twarzy Fornalskiego malują się przerażenie, niezrozumienie, ale i skrywany podziw). Zresztą tu nie było złych ról.
"Rewiry" to spektakl konsekwentnie (nomen omen) przez Sajnuka prowadzony i według nas to jedno z najlepszych przedstawień 2011 roku.
ZAKLĘTE REWIRY – HENRYK WORCELL scenariusz i reżyseria: Adam Sajnuk premiera: 9 września 2011r.
|