Lubimy chodzić do teatru.Rozmawiamy o tym, co widzieliśmy.Pisze J. - T. czasem coś dodaje...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Kabaret | Krótko | Książki | Teatr | Z Archiwum J. | Zaproszenia
RSS
piątek, 10 czerwca 2016
Mamma mia! - Teatr Roma

Obejrzeliśmy hit Teatru Roma, czyli spektakl „Mamma mia!”. Nie należymy do wielbicieli musicali, acz staramy się w miarę możliwości być na bieżąco z repertuarem jedynego, sprofilowanego teatru muzycznego w Warszawie. Rodzinnie cenimy „Grease” (młodsze dziecię) i „Miss Sajgon” (starsze), a wszyscy bez entuzjazmu wspominamy pierwszą wizytę w Romie za dyrekcji Wojciecha Kępczyńskiego – Gershwin był…
„Mamma mia!” jest taka, jaki powinien być tego typu spektakl. Kolorowa, taneczna, przebojowa i profesjonalnie wykonana. Acz, w naszych wrednych i szukających dziury w całym głowach zalęgło się pytanie (retoryczne oczywiście) dlaczego spektakl powstał na kanwie, skądinąd uroczych, piosenek ABBY, a nie na przykład Czerwonych Gitar czy Maryli Rodowicz? Dlatego, że nie mamy greckich plaż? A Mazury czy plaża nad Bałtykiem nie są, kurczę, równie piękne? A piosenki o nich??? Ech.

Wróćmy do Romy, z której Dreamlinerem wylecieliśmy na grecką wysepkę (za sterami niezawodny kapitan Wojciech Kępczyński). Przeżycia bohaterów znamy z piosenek ABBY czy też z uroczego filmu z Meryl Streep i Pierce’m Brosnanem, więc fabuły streszczać nie będziemy. Bohaterom towarzyszy greckie słońce, morza szum i ponadczasowość najprostszych ludzkich emocji. W obsadzie: Alicja Piotrowicz (Donna) nie udawała Meryl Streep i śpiewała świetnie; dystans do postaci trzymała świetnie (co bardzo się nam podobało) Beata Olga Kowalska, fajnie ogrywająca swoje warunki fizyczne jako Tanya; w roli Sophie obejrzeliśmy Zofię Nowakowską; w roli Sama – Dariusza Kordka. Za tłumaczenie tekstów brawa dla Daniela Wyszogrodzkiego, a także dla Mariusza Napierały za w sumie symboliczną i stonowaną scenografię – jej biel natychmiast przenosiła nas na którąś z jońskich wysepek. Bardzo prosimy – zwróćcie uwagę na staruszkę w akcie pierwszym, jak ona tańczy.

„Mamma mia!” – dla nas nic odkrywczego, ale robota teatralna i muzyczna wykonana solidnie. Jak się należy.


MAMMA MIA! – CATHERINE JOHNSON
reżyseria: Wojciech Kępczyński
premiera: 21 lutego 2015

13:15, chodzimydoteatru , Teatr
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 maja 2016
Ewelina płacze - TR Warszawa

Śmiało możemy napisać – rewelacja! Anna Karasińska autorka i reżyserka (to debiut!) pokazała smutną prawdę o magii teatru, a nawet szerzej – szołbiznesu, celebryctwa i tego, jak wpływa ono na postrzeganie aktorów oraz ich pracy.
Dzięki kpinie, ironii, abstrakcji, a miejscami też satyrze – wyciągnęła na wierzch dość bolesną prawdę – że świat jest płytki, że liczy się wyłącznie znana twarz, a teatr – kogo właściwie obchodzi. Pozytywnie zaskakuje w tym przedstawieniu precyzja Karasińskiej – w czasie tej godziny nie padło chyba żadne zbędne słowo, a jednocześnie nie opuszczało nas wrażenie, że wszystko jest jedną wielką improwizacją. Aktorzy TR – Maria Maj, Rafał Maćkowiak i Adam Woronowicz grają młodych wolontariuszy, którzy wcielają się w role Marii Maj, Rafała Maćkowiaka i Adama Woronowicza – zastępują mających ciekawsze zajęcia aktorów na scenie. Ta pętla pozwoliła im na daleko posuniętą autoironię, acz trzymaną w karbach, bo nie można przecież wyjść z roli, która dodatkowo wyostrza myśl spektaklu. Choć zastanawiałam się, na ile rzadziej chodzący do teatru widzowie dali się „wkręcić”. Ewelina Pankowska – „zastępująca” Magdalenę Cielecką była tu w najtrudniejszej roli – nie mogła grać, musiała być sobą, ale musiała też grać. Ona, marginalizowana przez cały spektakl, jest tu jednak najważniejsza, bo nie pasuje do reszty – i chce czy nie chce – na niej w końcu skupia się cała uwaga bohaterów i publiczności. A ona płacze.

Ten spektakl to trochę stand up, trochę performance, trochę eksperyment. A jednocześnie – ze wszystkich tych gatunków kpi. Uszyty z marzeń, magii, kpiny, bezwzględności, zawiści, kłamstwa, ale pozbawiony patosu, pozwala aktorom na bycie i niebycie w roli. Robią to po mistrzowsku. Gmatwają ile się da – do myślenia dając nam. Godzina w TR zaskakuje i olśniewa.


EWELINA PŁACZE – ANNA KARASIŃSKA
reżyseria: Anna Karasińska
premiera: 1 października 2015

13:11, chodzimydoteatru , Teatr
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 maja 2016
MŁYNARSKI - obowiązkowo dwa razy

Na początek teza: Wojciech Młynarski jest artystą zapoznanym. Ukazało się raptem siedem czy osiem tomików z jego tekstami, ostatni w 2007 roku, pierwszy, co skonstatowałam ze zdziwieniem, dopiero w latach osiemdziesiątych, czyli jakieś 20 lat po tym, jak pierwsze piosenki Wojciecha Młynarskiego trafiły do naszych uszu. I niby to oczywiste, że Wojciech Młynarski to intelektualna elita i niekwestionowany autorytet w dziedzinie piosenki, genialny autor tychże – a jednak „w praniu” okazuje się, że (tak jak w wypadku Przybory) tych piosenek znamy ledwie kilka, w porywach – kilkanaście. Nieco zmienić ten stan rzeczy próbują dwa stołeczne teatry – 6. Piętro i Ateneum. Najpierw pomyślałam, że są dla siebie konkurencją, ale po obejrzeniu obu spektakli – zupełnie zmieniałam zdanie.

„Młynarski obowiązkowo! Śpiewany autoportret na aktorów i orkiestrę” w Teatrze 6. Piętro to udramatyzowany koncert, którego scenariusz napisał sam zainteresowany. Piosenki, z kilkoma wyjątkami, należące do żelaznego kanonu Młynarskiego – z „Niedzielą na Głównym” czy „W Polskę idziemy” na czele. Bez inscenizacji. Po prostu zaśpiewane. Czasem solo, czasem zbiorowo. A że zaśpiewane dobrze (nawet jeśli jedna czy druga aranżacja nie przypadła mi do gustu) – świadczyć może lista wykonawców: Barbara Melzer (na zmianę z Magdą Kumorek), Anna Sroka-Hryń, Klementyna Umer, Jacek Bończyk, Arkadiusz Brykalski i Wiktor Zborowski. W każdym spektaklu występuje też gość-niespodzianka – ja trafiłam na Piotra Machalicę.

Wielkim atutem tego spektaklu są specjalnie napisane kuplety – śpiewane zapowiedzi do niemal każdej piosenki, układające się – zgodnie z podtytułem – w piosenkowy autoportret. Alter ego Młynarskiego jest na scenie Wiktor Zborowski – on te kupleciki wykonuje. Ma w sobie pewne dostojeństwo, płynące z dojrzałości, acz przyprawione szczyptą dość pikantnej ironii, co sprawia, że nie można od niego oderwać ni oka ni ucha. I choć go wyróżniam – ten spektakl to tak naprawdę kreacja zbiorowa. Z akcentami kabaretowymi, lirycznymi, jazzowymi. Scenografia jest prosta i bardzo nowoczesna – w centrum sceny wielkie, okrągłe okno, przez które patrzy na nas i aktorów oko Mistrza, po obu bokach jego inicjały, niby drzewa, na których rozgrywa się spektakl świetlny. Gdybym bardzo, bardzo miała się czepiać – uprościłabym wszystko jeszcze bardziej – na przykład nie kazałabym aktorkom zmieniać sukienek do każdej niemal piosenki. Ale to już naprawdę czepialstwo. Całość jest smaczna, literze tekstów wierna, wykonawczo bez zarzutu.

O takich spektaklach myślę, że powinny być pokazywane na licznych festiwalach piosenki artystycznej jako wzorce, do których warto dążyć, a na pewno warto znać. Przedsięwzięć takich dotąd widziałam niewiele i zaliczam do nich kameralny i dowcipny recital Magdy Smalary „Kobieta do zjedzenia” oraz w jej reżyserii i według autorskiego scenariusza spektakl „Wszędzie jest wyspa tu” z Teatru Polskiego w Warszawie (oba można czasem obejrzeć), a także znakomite „Siodło Pegaza” z piosenkami Jerzego Wasowskiego w reżyserii Ewy Konstancji Bułhak, które z afisza Teatru Narodowego niestety już zeszło. „Młynarskiego obowiązkowo!” do tej grupy dodaję bez wątpliwości, tym bardziej, że to rzeczywiście bardziej koncert niż spektakl, więc (w domniemaniu) rzecz łatwiejsza do przewiezienia w nowe miejsce. A Jackowi Bończykowi, któremu udało się go zrealizować – należą się wielkie gratulacje.

„Róbmy swoje” w Teatrze Ateneum to spektakl, w pełnym rozumieniu tego słowa. Z rozbudowaną, acz nie dominującą scenografią i rekwizytami. Znajdujemy się na tajemniczej stacji metra „Sytuacja”, na którą z czasem pociągi przestają przyjeżdżać. Z tych pociągów wypadają na peron podróżni, przynosząc ze sobą do sytuacji/”Sytuacji” adekwatne piosenki. Bo piosenki właśnie – wybór, którego dokonał debiutujący w roli reżysera znakomity kompozytor, pianista i aranżer Wojciech Borkowski – są największym atutem tego spektaklu. Piosenki nieoczywiste, niespecjalnie znane, przypominane rzadko, o wyraźnym podtekście politycznym. I najbardziej szokujące jest to, że kupleciki, czy też jak chce je nazywać Wojciech Młynarski „śpiewane felietony na tematy aktualne” pisane w bardzo konkretnych sytuacjach w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych – aktualne okazują się (niestety) i dziś. „Nie od dzisiaj znam Z RELACJI pańskie racje”, „kogo udajesz przyjacielu, kogo?”, „chwalebny w czas odnowy wykazując zapał,/uważaj, kto wodował – a kto się załapał”, „Nieśmiałku, tyś był w tajnych służbach”, „zmieniamy gry reguły,/bo nie wytrzymują one życia prób,/od tej pory nie ma skuchy – na twój ruch – trzy moje ruchy/i za każdy zbity pionek bierzesz w dziób”... i mogłabym tak jeszcze długo. Siedziałam na widowni i ciarki chodziły mi po plecach.

Wiele spośród wybranych do spektaklu piosenek powstało tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, inne mają swój rodowód jeszcze w kabarecie „Dudek”. Starannie można to prześledzić w programie, w którym skrupulatnie odnotowano wszystkie daty powstania. Fakt, że jedna po drugiej opisują to, co obserwujemy od kilkunastu miesięcy w życiu społecznym i politycznym, optymizmem nie napawa. Chyba najboleśniejsza była konstatacja, że piosenką „Gruz do wywózki” z 1990 roku Wojciech Młynarski opisał sytuację w Polsce A.D. 2016. Nie pamiętam kłótni politycznych lat dziewięćdziesiątych – ale skoro diagnoza sprzed ponad 25 lat dziś wciąż jest dotkliwa – to znaczy, że jakaś lekcja – choćby dana tylko przez poetę – nie została odrobiona: „Bo liczni, dotąd tak wspaniali,/nim w zmierzch się zmienił dzionek blady,/gruz po systemie usypali/w walczące z sobą barykady!”.

„Śpiewane felietony” Młynarskiego są utworkami zabawnymi, kabaretowymi – tak też są wykonywane, jakby czasem aktorzy chcieli ciut złagodzić ich wydźwięk. Ale są momenty, że dzieje się wręcz przeciwnie – i nie zdradzę, o które momenty chodzi – niemniej dostrzegłam, nie przegapiłam, zrozumiałam i doceniam. Podobnie jak w Teatrze 6. Piętro – w Ateneum także mamy do czynienia z kreacją zbiorową – wspólnym zadbaniem, aby każde słowo do widzów dotarło w formie jak najczystszej, co na ogół się udaje. W spektaklu „Róbmy swoje” w Ateneum piosenki Wojciecha Młynarskiego podają nam: Julia Konarska, Olga Sarzyńska (na zmianę z Joanną Kulig), Katarzyna Ucherska, Sebastian Jasnoch, Krzysztof Gosztyła i Tomasz Schuchardt. Na minutę lub dwie, pod koniec spektaklu pojawia się też Piotr Fronczewski, by zawołać „nie wycofuj się inteligencjo”. Jednak może się zdarzyć (i ja miałam to szczęście), że w jego zastępstwie na scenę wychodzi Andrzej Poniedzielski, który, jak to ma w zwyczaju, dodaje coś od siebie. Na przykład to, że choć nie jest to pierwsze czytanie owego listu do inteligencji, to jednak poezja miłosna ma wielką siłę… bo to jest list miłosny.

Dla własnego porządku dokumentacyjnego zanotować muszę (odnotowaną po raz pierwszy) męską delikatność, która ujęła mnie w Sebastianie Jasnochu i takąż kobiecą zwiewność Katarzyny Ucherskiej. Na niej zresztą spoczywa bardzo trudne zadanie zaśpiewania piosenki kończącej spektakl. Nie jest nią – jak można by się spodziewać – piosenka tytułowa, którą znamy i wychodząc z teatru pewnie zanucimy. „Róbmy swoje” to już bis. Optymistyczne i roztańczone post scriptum. Przedstawienie kończy się kameralną „Szarą kolędą” napisaną do kompozycji Krzysztofa Komedy – piosenką cichej nadziei, w której kropla beznadziei także pobrzmiewa. Bardzo mądry i mocny koniec, podkreślający wszystko to, co powiedziane (wiem – zaśpiewane, ale dla mnie jednak powiedziane) zostało wcześniej.

„Młynarski obowiązkowo!” miał premierę w marcu 2015 roku, „Róbmy swoje” w kwietniu 2016. W obu usłyszeć można po dwadzieścia kilka piosenek Wojciecha Młynarskiego, z czego powtarzają się może trzy… Nie są dla siebie te spektakle konkurencją – myślę wręcz, że idealnie się dopełniają – wskazując na zupełnie odmienne tropy w twórczości Mistrza – twórczości, której porządne przypomnienie porządnie by się nam przydało. W obu – czego jeszcze nie podkreśliłam, a co jest ich atutem – muzyka wykonywana jest na żywo (co wcale nie jest regułą w spektaklach muzycznych). Na koniec oba teatralne wątki splatający cytat – z wiadomo kogo:

Chcemy rzecz jeszcze słowo
współczesnym i potomnym –
„Młynarski obowiązkowo”
to nie jest tytuł skromny.

Niech będzie zdań osnową,
z których autor wiersz lepi –
myślenie obowiązkowo –
to już brzmi znacznie lepiej.

Lecz odnosząc się z głową
do tych skromnych słów garstki
- w myśleniu – obowiązkowo –
może pomóc Młynarski.

I jest wniosek od ręki,
jak iskra w smudze cienia –
czasem mogą piosenki
nakłonić do myślenia.


MŁYNARSKI OBOWIĄZKOWO! ŚPIEWANY AUTOPORTRET NA AKTORÓW I ORKIESTRĘ – TEATR 6. PIĘTRO
scenariusz: Wojciech Młynarski
reżyseria: Jacek Bończyk
premiera: 7 marca 2015

RÓBMY SWOJE – PIOSENKI WOJCIECHA MŁYNARSKIEGO – TEATR ATENEUM
scenariusz i reżyseria: Wojciech Borkowski
premiera: 2 kwietnia 2016

 

18:44, chodzimydoteatru , Teatr
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 stycznia 2016
Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie - Teatr Dramatyczny (Scena na Woli)

„Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie” to zwykła komedia mieszczańska, tak po kilkunastu pierwszych minutach spektaklu powie każdy. I wtedy Wyrypajew „coś” nam odsłania… Ale po kolei – Robert (Witold Dębicki) stara się za wszelką cenę dociec, kto, czy i właściwie czemu go okłamuje: czy żona Sara (Katarzyna Herman) czy przyjaciel Donald (Zdzisław Wardejn), a chodzi o wizytę brata Sary. Czy w poniedziałek był on u siostry czy u Donalda, przyjaciela domu?

Mnożą się zagadki wywołane przez jedno niewinnie brzmiące powątpiewanie, powstaje wręcz surrealistyczna sytuacja i takiż spór. Mnożą się kolejne zagadki. Bohaterowie pogrążają się w czymś na kształt iluzji, absurdu. Z tego surrealistycznego sporu z czasem wyłania się prawdziwy dyskurs o kłamstwie, wierności zdradzie i miłości, a bolesne słowa padają jakby mimochodem. Wracają niewyjaśnione, nieprzegadane sprawy małżeńskie, jakieś tajemnice i sekrety. Pozornie zupełnie do sytuacji wyjściowej nieprzystające.

Czy tak wyglądać ma współczesna salonowa komedia? Trójka aktorów chyba świetnie czuła się w tekście Wyrypajewa, bawiąc się nim, a przy tym niczego z niego nie gubiąc – w tym miejscu brawa dla Wojciecha Urbańskiego – reżysera spektaklu. Po przedstawieniu, słuchając opinii współwidzów, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że Wyrypajewa albo się lubi albo nie, on nie zezwala na nijakość. Nasze domowe opinie też były podzielone.


LETNIE OSY KĄSAJĄ NAS NAWET W LISTOPADZIE – IWAN WYRYPAJEW
przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska
reżyseria: Wojciech Urbański
premiera: 24 kwietnia 2015

12:55, chodzimydoteatru , Teatr
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 listopada 2015
Medium - Teatr Kwadrat

Wnioskując na podstawie tego, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku minut spektaklu, nie dziwimy się, że dyrektor Nejman wolał się wystawić u Karolaka, poza siedzibą własnego teatru. Zniszczenia sceny po efektach pirotechnicznych, były dość znaczne. Oczywiście spektakl, jak większość produkcji Kwadratu, będzie miał powodzenie. „Medium” Noela Cowarda, znane u nas bardziej pod tytułem „Seans”, to zabawna, bardzo sprawnie napisana historia, dająca spore pole do popisu i zabawy (nie szarży) aktorom – pamiętamy, że nawet sam Mistrz Adam Hanuszkiewicz pokazał to najpierw w Małym, a potem w Nowym. Zastanawialiśmy się jednak, czy tekst, którego użyto tym razem, można nazwać tłumaczeniem. Bardziej pasowało by chyba spolszczenie, bowiem reżyser i tłumacz w jednej osobie – Andrzej Nejman – przeniósł akcję w okolice Warszawy, dodatkowo podkreślając ową bliskość (czy też swojskość) fragmentami filmów dokumentalnych z międzywojnia (wyświetlanych w czasie zmiany dekoracji) i popularnymi piosenkami z tego okresu.

Z premierowej obsady na pewno wyróżnić należy Aldonę Jankowską (Madame Arcati ) świetnie i ostro grającą w pewnym sensie sprawczynię finałowego kataklizmu. Jak zwykle w tego typu przedsięwzięciach niezawodny był Paweł Wawrzecki (dr. Kozieł), choć nawet nie bardzo się wysilał. Paweł Małaszyński, główna męska postać dramatu – Witold (w pewnym sensie bigamista) – naszym zdaniem w trakcie premierowego spektaklu był wyraźnie zagubiony i to nie z powodu obecności obu małżonek. Te z kolei – bez rewelacji, ale wyglądały premierowo.

Maleńka dygresja na zakończenie – kilka dni temu rozmawialiśmy o czytaniu ze zrozumieniem, wiemy że publiczność premierowa jest specjalna – gwiazdy, gwiazdki, przyszłe gwiazdeczki, ale w przerwie usłyszeliśmy zadane zupełnie serio pytanie, bardzo zgrabnej skądinąd panienki: „To w końcu która z tych żon jest duchem?”. Inscenizatorzy robili co mogli, aby ułatwić to rozróżnienie, odziewając obie panie w sugerujące byt ubranka. Mamy nadzieję, że napisy potrzebne jednak nie będą.


MEDIUM – NOËL COWARD
przekład i reżyseria: Andrzej Nejman
premiera: 30 października 2015 w Teatrze IMKA

20:56, chodzimydoteatru , Teatr
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54