Lubimy chodzić do teatru.Rozmawiamy o tym, co widzieliśmy.Pisze J. - T. czasem coś dodaje...
Blog > Komentarze do wpisu
Kabaret Warszawski - Nowy Teatr

Dwie części, dwie diametralnie różne oceny. Część pierwsza – berlińska z lat 30-tych, w pewnej części oparta na fenomenalnym filmie Boba Fossa „Kabaret”… i gdyby spektakl skończył się właśnie po tej części, bilibyśmy ogromne brawa, choć końcowa scena ze swastyką mogła już zapowiadać pewne kłopoty. Kabaret berliński to przede wszystkim kapitalne kreacje aktorskie. Magdalena Cielecka jako Sally Bowles – tak, tak, ta Sally – była fenomenalna, obezwładniająca aktorskim kunsztem i olśniewająca urodą, mnie wręcz hipnotyzowała. W tym miejscu trzeba pochwalić Warlikowskiego za zręczne wykorzystanie dla jakości spektaklu prywatności aktorskiej pary Cielecka – Chyra, który stworzył także niezwykła sceniczną kreację. Do tego Ewa Dałkowska z jej wstrząsającymi rozważeniami na temat Wagnera, niezwykły duet Celińska-Klynstra i Maciej Stuhr.

Część berlińska „Kabaretu...” to wspaniale skomponowany teatralny patchwork, z poczuciem humoru, we właściwym tempie i z pełną precyzją.

Nasze doświadczenia z Warlikowskim pokazały, że zazwyczaj druga część spektaklu jest częścią lepszą, robiącą większe wrażenie.

Tym razem przenieśliśmy się do Nowego Jorku, po 11 września. Tu reżyser oparł się na filmie „Shortbus”. Z mętnej wody, w której zanurzył nas Warlikowski udało się wyłowić ledwie dwie sceny. Pierwsza, przepiękna plastycznie, była błyskiem z części pierwszej – chodzi o erotyczne marzenie psychoterapeutki, granej przekonywująco przez Maję Ostaszewską. Druga to popis choreograficzny Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik i Claude’a Bardouila do muzyki zespołu Radiohead – niestety zbyt długi i rozbijający i tak dość wątłą akcję, a przy tym powtarzający pomysł z „Wywiadu –Nancy”.

Okręt Warlikowskiego zatrzymał się na mieliźnie i nie uratowała go nawet nadzwyczajna Magda Popławska. Cała sekwencja nowojorska ciągnęła się niemiłosiernie, łącznie z niekończącym się, obsypanym złotym pyłem, finałem. Miała być katastrofa – wyszła katastroficzna groteska. Ze zderzenia Berlina lat 30-tych i Nowego Jorku początku XXI wieku raczej nic nie wyszło. Część pierwszą rozumiemy i akceptujemy, część druga, jak ktoś ładnie napisał, to „poszukiwanie orgazmu w cieniu zburzonych wież WTC”.


KABARET WARSZAWSKI – KRZYSZTOF WARLIKOWSKI
adaptacja wg Johna van Drutena „I’m a Camera” oraz filmem „Shortbus” Johna Camerona Mitchella: Krzysztof Warlikowski, Piotr Gruszczyński, Szczepan Orłowski
dramaturgia: Piotr Gruszczyński
reżyseria: Krzysztof Warlikowski
premiera: 23 września 2013

poniedziałek, 06 lipca 2015, chodzimydoteatru
Tagi: warlikowski

Polecane wpisy

Komentarze
2015/07/26 19:48:04
Uwielbiam takie przedstawienia i mam nadzieję, że będzie ich więcej :)