Lubimy chodzić do teatru.Rozmawiamy o tym, co widzieliśmy.Pisze J. - T. czasem coś dodaje...
Blog > Komentarze do wpisu
Mary Stuart - Teatr Ateneum

Pisząc bez owijania w bawełnę - spektakl w reżyserii Agaty Dudy–Gracz na pewno nie będzie należał do naszych ulubionych, ale jednocześnie nie ma wątpliwości, że zapamiętamy go na długo. Niechęć dotyczy przede wszystkim strony wizualnej. Oglądamy ludzkie i zwierzęce odpadki, śmieci, brud, słuchamy o wypróżnianiu, oglądamy nocnik. Apogeum szkarady zostaje osiągnięte, kiedy na scenie pojawia się sfora ukochanych psów Mary – będących wynaturzonymi upiorami, bez głów i koniczyn. Specjaliści zapewne dopatrzą się w nich malarskich „cytatów” – nam obrazy Boscha przy tych „rzeźbach” wydały się zwyczajnie „grzeczne”.

Dramat Hildesheimera nie pokazuje popularnej – romantycznej wizji Marii Stuart, królowej Szkocji, pięknej i  uwodzicielskiej, ale dramat przegranej, starej kobiety czekającej na egzekucję. Towarzyszymy nieszczęsnej władczyni, która od urodzenia była tylko kartą w grze wielkich tamtego świata, w ostatnich dwóch godzinach życia. Grająca Mary Agata Kulesza, mimo ograniczeń narzuconych przez reżyserkę , robi wszystko, by swoją bohaterkę jakoś z tego szamba wyciągnąć. W pierwszej scenie widzimy ją w brudnej białej koszuli, kiedy szlocha, żebrze o litość, wyje z rozpaczy, wrzeszczy, miota się, płacze, wygraża Bogu, budząc w nas litość i odrazę. W każdej następnej aktorka stara się byśmy o tamtej chwili „słabości” zapomnieli. Polecamy uważne patrzenie w twarz Kuleszy – wypisane ma na niej wszystko – przerażenie, pogardę, siłę, współczucie. Podobnie tuż przed egzekucją, kiedy Mary ma już na sobie królewskie szaty, a na jej głowę z kosmykami resztek włosów zostaje włożona ruda peruka – w sekundę przed nami staje królowa Maria Stuart.

W oczekiwaniu na śmierć władczyni towarzyszą „wierne sługi”, wpatrzone tylko w królewską, prawie pustą szkatułę, gotowe na wszystko, by te resztki trafiły do nich. W więziennej celi odbywa się swoisty dance macabre, któremu przypatruje się nieruchomy jak głaz kat. On niczego nie udaje, jest fachowcem, który ma wykonać zadanie. Grający go Przemysław Bluszcz miał wbrew pozorom niesłychanie trudne zadanie. Słów kilka należy się też Tomaszowi Schuchardtowi, grającemu upośledzonego pomocnika kata – to zapewne bardzo zdolny aktor (ciekawy jako Stanley Kowalski w "Tramwaju zwanym pożądaniem”), ale tu spełniając zapewne pomysł pani reżyser irytował i aż się prosiło, by ograniczył nieustanne ogrywanie zarówno umysłowego jak i fizycznego upośledzenia. Nie wiem, czy to właśnie nie z powodu tej roli, tak trudno nam wspominać wieczór w Ateneum. W świcie królowej mamy jeszcze Wojciecha Brzezińskiego i Bartłomieja Nowosielskiego – dwie naprawdę świetne role, a także Paulinę Gałązkę i Grzegorza Damięckiego. Trzeba też zwrócić uwagę na muzykę, wykonywaną  na żywo przez Maję Kleszcz i Wojtka Krzaka, jest jej niewiele, ale jest znacząca.

Kończąc – jest w tym spektaklu jakieś „coś”, choćby pewna obsesyjność i wizualność, jest kreacja Agaty Kuleszy, ale przede wszystkim jest niedosyt...


MARY STUART – WOLFGANG HILDESHEIMER
przekład: Dorota Sajewska
reżyseria i scenografia: Agata Duda-Gracz
premiera: 16 maja 2015

poniedziałek, 08 czerwca 2015, chodzimydoteatru

Polecane wpisy